11 maja 2021
EXCLUSIVE 11 maja 2021

Jestem obrażany w sieci od 20 lat – idzie przywyknąć. Wywiad z Marcinem Sprusińskim (WuWunio)

„Ludzie to pokochali, bo jesteśmy autentyczni. Dopóki mnie nie znali, to nienawidzili.” Dla Video Brothers Music z Marcinem Sprusińskim rozmawiał Robert Malinowski (dziennikarz Radia Kampus).

Powiedziałeś, że na muzyce nie zdążyłeś zarobić. Masz poczucie niewykorzystanego potencjału?

To jest dłuższy temat, bo oczywiście tak jest. Wiem, że gdybym poszedł za ciosem, to zarobiłbym na tym sporo siana. Ale nie żałuję, bo w pewnym momencie przestało mnie to bawić – głównie granie koncertów i jeżdżenie po Polsce tylko i wyłącznie po to, by w kółko robić to samo. Wolałem zająć się branżą wideo, która również przynosi mi jakieś korzyści, ale bawi znacznie bardziej. Masz tutaj dwie płaszczyzny, zarówno dźwięk, jak i obraz, a w muzyce jest to tylko dźwięk. Miałem wtedy takie zboczenie już na sam koniec mojej muzycznej kariery, że do każdego kawałka chciałem kręcić teledysk, bo bardziej kręciło mnie wideo. Wybrałem więc drogę, która bardziej mnie cieszy.

 

 

Z jakim założeniem wchodziłeś w świat muzyki?

Nagrywaliśmy kawałki dla jaj z chłopakami po pijaku, parodiowaliśmy hip-hop, robiliśmy jakieś głupoty i nikt z nas nie myślał, że cokolwiek z tego kiedyś będzie. Poznałem taką koleżankę, która mega jarała się tym, co robiłem i powiedziała mi, że jak nie wyślę demówki do Wielkiego Joł, to ona wyśle ją za mnie, ale nie będę miał wpływu na to, jakie kawałki tam się znajdą. Więc demówkę skleciłem i wysłałem. Chłopaki się odezwali i kariera muzyczna się potoczyła, jak się potoczyła. Generalnie nie miałem planów ani aspiracji muzycznych. Wszystko wydarzyło się przez przypadek. Bardziej to była kariera Nikodema Dyzmy w hip-hopie, bo ja nigdy nie czułem się raperem. Hip-hop jest muzyką, która jest mi bardzo bliska, bo wychowałem się na osiedlu i słuchałem tego przez cały młodzieńczy okres. W sensie muzycznym i osiedlowym było to moje środowisko, ale jeśli chodzi o ideologię, freestyle, breakdance, graffiti czy deskorolkę, to są to rzeczy kompletnie mi obce. Podobają mi się, ale ja ich nie uprawiałem i nigdy nie czułem się ortodoksyjnym członkiem kultury hip-hopowej. Bliższy był mi czteropak niż cztery elementy. Starałem się na tyle, ile to było możliwe nie używać określenia „raper”, tak samo, jak staram się nie używać określenia „youtuber”, bo nie czuję się z jednym, jak i drugim środowiskiem, silnie związany. Mimo że mam wielu zajebistych kolegów raperów. Tak długo jak dostarczało mi to rozrywki czy zajawki, tak długo to robiłem, a potem gdzieś to uciekło.

 

Zwykle komentarzy z YouTube’a nie cytuję, ale jeden o treści „Był Cypisem, zanim to było modne” pod kawałkiem „W czoko jest spoko” zarówno mnie rozbawił, jak i dał do myślenia.

Widziałem to jakiś czas temu. Zanim go przeczytałem, miałem taką rozkminkę i tu nawet nie chodzi tylko o Cypisa, ale o Gang Albanii i wiele innych podobnych projektów. Był też Gospel. Nie chciałbym sobie przypisywać i porównywać się do Tedego, bo to zupełnie inna skala człowieka. Ale tak jak Tede przecierał szlaki kawałkami o hajsie, samochodach i butach, tak ja przecierałem szlaki kawałkami o jebaniu w dupę i tego typu rzeczach. Nie było lekko, bo wtedy nie było to powszechnie pochwalane. To było kilkanaście lat temu. Miałem przez to dużo problemów, zarówno w Łodzi, jak i całej Polsce. Nigdy nie dochodziło do bójek, ale dużo ludzi odmawiało mi prawa do bycia hip-hopowcem, którym ja się nigdy nie czułem, ale oni dodatkowo podkreślali, że nim nie jestem. Teraz jest dużo łatwiej i taki Cypis, mimo że też pewnie ma momentami pod górkę, to już nie spotyka się z takim ostracyzmem jak ja kiedyś.

 

Jakiego typu były to nieprzyjemności?

Był problem z tą tematyką. Jakikolwiek koncert grałem, to często dochodziło do sabotaży sprzętowych – odłączania mikrofonów przez innych podziemnych raperów, którzy również grali jako support. Była taka obopólna niechęć gdzieś tam na backstage’u i to była bardzo długa droga od najbardziej znienawidzonego rapera w Łodzi do takiego, z którym potem wszyscy się kolegowali. Takim przykładem jest Zeus, który bardzo mnie nie lubił, a potem chciał, żebym poprowadził jego koncert w Łodzi. Polubiliśmy się. I takich przykładów jest bardzo dużo. Dopóki mnie nie znali, to mnie nienawidzili i robili wszystko, żebym się gdzieś nie pojawił. Kiedyś grało się za piwo i wódkę, i mimo że byłem bojkotowany, dalej robiłem swoje. Później kontakty się poprawiały. Najzabawniejsze jest to, że jak robiłem koncert z okazji swoich 29. urodzin, to właściwie wszyscy, którzy kiedyś byli przeciwko mnie, na tych urodzinach wystąpili. Potem kręciliśmy im klipy, spotykaliśmy się. Zabawnie się to wszystko skończyło. Kiedy skończyłem z muzyką (może nie definitywnie, bo zdarza mi się tęsknić) i wyprowadziłem się z Łodzi, to odciąłem się od środowiska hip-hopowego praktycznie w stu procentach. Nadal mam dużo znajomości w rapowym światku, ale nie są one zażyłe. Znam teraz zdecydowanie więcej filmowców.

 

Negatywny odbiór częściej pojawiał się ze strony raperów czy słuchaczy?

Zdecydowanie raperów, to środowisko było wtedy takie bardziej ortodoksyjne. Słuchacze znacznie mniej. Wiadomo, że były jakieś hejty i wyzwiska, ale to, co ludzie piszą w internecie nie jest miarodajne. Jedni piszą dla beki, żeby potrollować, inni hejtują z nudów, dla zabicia czasu. Takich ultrasów czy hejterów jest prawdziwa garstka. Zresztą, wszystkim nam łatwiej napisać na pewno komentarz negatywny niż pozytywny. Krytyka jest łatwiejsza. Nigdy się tym jakoś bardzo nie przejmowałem. Jestem obrażany w sieci od 20 lat – idzie przywyknąć. Najwięcej po głowie w historii polskiego rapu dostał chyba Tede, bo on był (i nadal jest) jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci, a do tego bardzo znaną. Na pewno miał pod górkę i nie tylko u siebie w mieście, ale wszędzie. Ja miałem pod górkę w Łodzi, a od momentu, kiedy dołączyłem do Wielkiego Joł, już szczególnie. Dołączyłem tam w lutym 2008 r., gdzie lata były mega ciężkie, ale teraz, z perspektywy, to miło wspominam tamte czasy. Bardzo mnie zahartowały.

 

 

Byłeś związany ze środowiskiem hip-hopowym od roku 2001. Jakbyś określił to, co działo się w nim dwie dekady, dekadę temu, a co dzieje się współcześnie?

Dwadzieścia lat temu to było tak typowo rdzennie-osiedlowo. Hejtowano kseroboyów – każdy musiał mieć własny styl i zawsze musiał być przekaz. Dekadę temu już pojawiły się jakieś pieniądze i biznesy, rap one shoty i ogromny boom internetowy. Teraz jest z tego zajebisty biznes dzięki platformom streamingowym i pre-orderom. Media mainstreamowe w rapie już nic nie dadzą, hip-hop po prostu zdominował muzykę w Polsce. Nic tak się nie sprzedaje jak rap. Każdy kolejny raper wydaje pre-order i sprzedaje go na pniu. Bawiąc się przy tym w limitowane edycje, bo wtedy ludzie chętniej kupują. Bardziej opłaca się sprzedawać płytę w pre-orderze – teraz wszyscy robią to w ten sposób, na ludzi to lepiej działa. Teraz to jest po prostu, kurwa, zajebisty biznes. Dwadzieścia lat temu myślałem, że to jest biznes, dziesięć lat temu myślałem, że to jest biznes, ale tak naprawdę dopiero teraz jest biznes. Niewiele ma to wspólnego z tym duchem hip-hopu z lat. 90., ale kompletnie mi to nie przeszkadza, bo nie jestem jakimś boomerem i trueschoolowcem. To jest muzyka typowo rozrywkowa, ale nie tylko u nas, a na całym świecie.

 

Stałeś się trochę „ofiarą” swoich czasów, jeśli chodzi o działalność muzyczną? Gdybyś w tych czasach nagrał kawałek w stylu Pal Hajs już z lepszymi skillami, ale o podobnej tematyce to miałby szansę stać się hitem?

Może by tak było. Zawsze można sobie tak gdybać, co by było, gdybym urodził się w innym czasie. Wtedy świetnie się bawiłem i poznałem różnych ludzi, którzy zainspirowali mnie też w innych dziedzinach. Pewnie by tak było, gdybym dalej nagrywał. Muzyka nie jest moim hobby, ale ostatnio coraz bardziej mi się za nią tęskni, bo lubię pracę w studiu. Lubię tworzyć i wymyślać. Mam coraz większą ochotę nagrać kilka kawałków i może kiedyś coś większego zrobię. Na pewno nie po to, żeby grać koncerty, bo nienawidziłem tego robić i nadal tak jest. Wiem, że z koncertów są zajebiste pieniądze i nie będę tego negował, ale dla mnie odtwarzanie kilkaset razy tego samego jest strasznie nużące. Nigdy nie sprawiało mi to żadnej radości i dlatego m.in. wycofałem się. Na pewno gdyby to teraz wychodziło, byłoby to inaczej odbierane. Mam radość z tego, że jakieś szlaki przecierałem w muzyce około rapowej. Pierwszym, który to zrobił, był chyba Tymon, który nagrywał pod pseudonimem Świntuch. Borixon i Tede mieli też kawałki o dupach, a potem byłem chyba ja.

 

Koncertów nie lubisz, ale w swoim życiu trochę ich zagrałeś.

Nie wiem ile, ale ponad 100 na pewno, bo wtedy to było moje jedyne źródło utrzymania. To czasy mocno młodzieżowe, zabawowe i niewiele z tych pieniędzy zostało. Każdy początkujący raper ma podobne przeżycia – w piątek masz 2000 zł, a w niedzielę 20 zł.

 

Czyli to nie jest kwestia tremy?

Trema była duża na początku, a potem już taka klasyczna, mobilizująca, która znikała wraz z pierwszym zarapowanym wersem. Po kilku pierwszych nieudanych koncertach wyrobiliśmy sobie jakieś tam flow. Miałem jednego hypemana, potem drugiego i z tym drugim bardzo się rozwinęliśmy. Spoko te koncerty wyglądały i uważam, że ludzie się dobrze bawili, bo podchodziliśmy do tego bardziej jak do show niż do prawilnego koncertu z nastawieniem na machanie rękoma. Były muzyczne przerywniki, różne gagi, bardziej zabawowe rzeczy. Nigdy nie sprawiało mi to jednak ogromnej radości, a było to bardziej rutynowym obowiązkiem i wstępem do ultra melanżu na bekstejdżu. Zawsze uważałem, że jak mam się iść najebać, to wolę zostać na osiedlu. Efekt ten sam, a wyjdzie taniej.

 

Hip-hop początkowo dominował na twoim kanale. Nie chodzi tylko o kwestię muzyki, ale też o liczne relacje, które robiłeś z różnych wydarzeń.

To przychodziło naturalnie. Pojawiła się zajawka na wideo i powstało Pal Hajs TV. Kiedy jechaliśmy na koncert, to łączyliśmy przyjemne z pożytecznym. Zagrałem koncert, zarobiłem siano, a dodatkowo mogłem nagrać odcinek i pobawić się montażem, który mnie wtedy zachwycił. W końcu ta zajawka wyparła muzykę i praktycznie oddałem się jej w stu procentach. Doświadczenie muzyczne bardzo pomaga w byciu montażystą. Programy dźwiękowe to również są wieloślady. W montażu bardzo wiele operuje się na dźwięku. Dużo swoich piosenek sam nagrałem, sam zrealizowałem i potem łatwiej było przeskoczyć na montaż. Tutaj również ważne jest tempo. Mam wielu kolegów montażystów, którzy nie mają poczucia rytmu i czasami jest przez to kiepsko.

 

 

Kojarzysz „Las Vegas Parano”?

Tak.

 

Film powstał na podstawie książki Huntera S. Thompsona „Lęk i Odraza w Las Vegas”. On sam był pisarzem i dziennikarzem, który stworzył styl gonzo, gdzie repoerter zamiast pozostać biernym obserwatorem, aktywnie uczestniczy w swoim materiale. Jak oglądałem 21. odcinek Pal Hajs TV „Domówka u Tigera i kobry”, to było dla mnie czyste gonzo.

Możliwe. Wiem, że w branży porno jest też styl gonzo, stąd znam nazwę. Gonzo jest też bardzo bliskie do bonzo, ale chyba coś jest w tym, co mówisz na temat naszego stylu. Jednakże my poszliśmy jeszcze o krok dalej, bo w naszych reportażach operator również jest ich bohaterem. W telewizji nikt nie rozmawia z operatorem, a u nas każda osoba odpowiedzialna za produkcję również czynnie uczestniczy w nagraniu.

 

Kiedy kilka lat temu oglądałem ten materiał, to tylko się śmiałem. Gdy obejrzałem go niedawno ponownie przed naszą rozmową, wzbudził we mnie też ogromny smutek.

To są dosyć ciężkie tematy. Staramy się to przedstawiać na wesoło, ale czasami Pal Hajs TV skłania trochę do refleksji. Zresztą ten styl przez lata ewoluował. Ja też się zmieniłem podczas tworzenia odcinków. Jak poznajesz życie tych bohaterów, ich losy oraz dlaczego u nich jest tak jak jest, to skłania cię to do głębszych przemyśleń. Dzięki tym gościom bardzo rozwinęła się u mnie empatia oraz tolerancja na inność. Teraz staramy się jak najbardziej pozytywnie przedstawiać naszych bohaterów, bo wiemy, jakie przełożenie ma to na naszych widzów. Jednak na początku nie rozumiałem, jaką mamy siłę oddziaływania i że czasem jest wesoło i śmiesznie, ale może się to negatywnie odbić na osobach, które pokazujemy. To była długa droga, którą musieliśmy przejść, by zrozumieć wiele rzeczy. Chciałbym, żeby odcinki Pal Hajsu pozostawiały w ludziach refleksję, że każdy ma prawo do życia po swojemu, a że inny nie znaczy gorszy.

 

Tiger Bonzo jest ojcem chrzestnym ukształtowania się istotnej części uniwersum Pal Hajs TV?

Oczywiście, że tak. Sukces ma wielu ojców. Tiger, Bonus BGC, Bodychrist i Sowa to są cztery takie osoby, dzięki którym wypłynęliśmy na szerokie wody. Tigera poznałem przez Bonza i Gixa. Nagraliśmy wiele różnych filmów i jesteśmy w stałej komitywie. Często się widujemy i staramy się Mateuszowi pomagać na tyle, na ile to możliwe. Bodychrist napisał do mnie maila, żebym wpadł na koncert jego i Bonusa i zrobił relację. To też zaowocowało przyjaźnią i zajebistą współpracą. Wszyscy na tym mniej lub bardziej skorzystali i tak pozostało do dziś. Jest w tym wszystkim Sowa, do którego kontakt dał mi Bodychrist. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdybyśmy się na taką współpracę nie zdecydowali. Ja nigdy nie będę umniejszał wpływu Tigera, Bonusa, Sowy i Bodychrista na sukces całego Pal Hajs TV. Oni dobrze wiedzą, że jestem bardzo wdzięczny i oni również są wdzięczni, bo to jest połączony i żywy organizm. Przykładem koronnym jest tutaj Bonus BGC, który z osoby wyśmiewanej i wyszydzanej stał się osobą lubianą. Ludzie zobaczyli, że to jest po prostu fajny koleś, taki śmieszek, który lubi sobie chlapnąć, opowiedzieć głupotę, ale generalnie jest spoko.

 

 

Jak zmieniły się założenia twojej działalności, gdy oni się pojawili?

Już dokładnie nie pamiętam, jak to wszystko było, bo od poznania Tigera minęło siedem lat. Pojechaliśmy do niego na zlot w łódzkiej Manufakturze, a Bonus z Bodychristem, jak mówiłem, zaprosili nas na swój pierwszy koncert. Jak tam jechaliśmy, byliśmy mega podjarani, że poznamy słynnego Bonusa BGC, ale nie mieliśmy żadnych długofalowych planów. Poznaliśmy się i okazało się, że Krzysiek i Piotrek są mega spoko kolesiami. Potem wpadł pomysł, żeby zorganizować pierwszą wigilię, żeby się wszyscy mogli poznać. Potem powstała „Klątwa Jeziora Tukum”. To wszystko powstało na czystym spontanie. Nie wiedziałem, że może z tego powstać kiedyś całe uniwersum. To wyszło samo z siebie, naturalnie i chyba dlatego ludzie to pokochali, bo jesteśmy autentyczni. W zeszłym roku nagrywaliśmy sylwestra i wszyscy spotkaliśmy się w stałym składzie. Zawsze jest wesoło, zawsze jest śmiesznie. Nikt nie musiał niczego udawać. Nie był to też sojusz dla pieniędzy czy pomysł, jak różne twory typu Team X, że zrobimy ekipę i będziemy na tym zarabiać hajs. Dzisiaj, zanim rozmawiałem z tobą, gadałem przez telefon z Lechem Rochem Pawlakiem, z którym nagrywaliśmy wywiad i jesteśmy teraz w regularnym kontakcie. Podczas nagrywania odcinków poznajesz czasami osoby, które nie są jakieś super spoko i to się naturalnie urywa, ale z większością bohaterów mam regularny kontakt.

 

Twój kontent rozwinął się w kierunku pokazywania osób, które kiedyś były hitami internetu.

Tak, to jest takie założenie, żeby pokazywać tych, którzy niegdyś byli bohaterami sieci, a teraz świat o nich zapomniał. W tym roku kilka takich osób pojawi się na naszym kanale.

 

Odnalezienie Testovirona jest możliwe?

Bardzo bym chciał, ale nie jest to moje największe marzenie. Najbardziej chciałbym odnaleźć szwagra od Forfitera, ale uważam, że to niemożliwe. Gość nigdy nie próbował się ujawnić. Ludzie zarobili na tym siano, CeZik na piosenkach, ludzie na ciuchach, a on zupełnie nic. Testoviron to też byłoby coś, ale tak samo – gdyby chciał, to już by się ujawnił. Jednakże bardzo często się zdarza, że osoby zapomniane same do mnie piszą w sprawie wywiadu, bo chciałyby wrócić do łask. W tym roku dwie takie osoby do mnie napisały i to z nimi będziemy robić najbliższe wywiady.

 

 

Masz regularne wsparcie patronów, widujesz się z nimi w trakcie zlotów. Potrafiłbyś scharakteryzować widza Pal Hajs TV?

To jest niemożliwe do zrobienia. Mamy tu chłopaków, którzy siedzą na ławce, dziewczyny, pary, całe rodziny, ludzi, którzy są prezesami firm, informatyków, grafików, operatorów czy ludzi pracujących na PKP. Nasza współpraca z Diversem nawiązała się przez to, że prezes tej firmy nas ogląda i napisał do nas, że chciałby wejść we współpracę. To jest tak szerokie spektrum dlatego, że odcinki są różne. Są imprezowe, ale też edukacyjne, w których jedziemy gdzieś coś zwiedzać. To jest tak duży rozstrzał tematów, że nie ma jednej osoby, która mogłaby to oglądać. Gdyby to były odcinki tylko hip-hopowe, jak kiedyś, pewnie można by było jasno określić grupę odbiorców. Różnorodny styl przyciąga różnorodnych ludzi. Na naszych zlotach poznałem masę zajebistych ludzi pochodzących z całej Polski i nie tylko. Każdy jest inny. Wsparcie patronów zapewnia pełną niezależność. Z samych reklam na Youtube nie jesteś w stanie utrzymać telewizji takiej, jaką prowadzimy.

 

Powiedziałeś: „Nie czuję się youtuberem, chociaż używając tej platformy nim jestem”. Czy podczas wizyty na Fame MMA odczułeś, że w tym świecie jednak jest fame?

Dokładnie tak było. W ogóle się tym światem nie interesowałem. Miałem krótki romans z byciem youtuberem, kiedy wchodził do Polski program partnerski i nie było go komu dać, (bo prawie nikt nie miał 100 tysięcy subskrypcji) dali go między innymi mnie. Miałem wtedy z 20 tysięcy widzów i poszedłem na dwa, trzy wykłady do centrali Google i stwierdziłem, że mam to w dupie. Uznałem, że to środowisko jest kompletnie mi obce i się na nie wypiąłem, robiłem swoje. W 2018 roku pojechałem z kamerą na drugą galę Fame MMA, żeby zrobić relację. Po premierze ludzie mi zarzucali, że udaję, że nie wiem kto jest kto, ale naprawdę, kurwa, nie wiedziałem. Myliłem Rafonixa z Rafatusem. Kojarzyłem Daniela Magicala i Wojtka Golę, bo wiedziałem, że ten drugi jest z Warsaw Shore, bo widziałem gdzieś z trzy odcinki. Ale już na przykład taki Chwytak, Boxdel czy Pan Pawłowski – nie wiedziałem, kim są ci kolesie. Teraz staram się być na bieżąco, ale i tak wiem mało. Zacząłem się tym interesować pod kątem dziennikarskim, żeby wiedzieć, co się dzieje. Wtedy to było dla mnie szokiem, bo przychodzę na Fame MMA, a tam podchodzi Boxdel i mówi: „Siema WuWunio, zawsze chciałem cię poznać”. Wchodzę do szatni każdego zawodnika i każdy wiedział kim jestem. Myślałem, że jeśli ja ich nie oglądam, to oni mnie też nie oglądają. Nadal nie utożsamiam się z tym środowiskiem, a większość rzeczy bardziej mi się nie podoba niż podoba, ale oglądam z obowiązku. Może nie wszystko, bo się, kurwa, nie da tego przetrawić, ale staram się być na bieżąco.

 

 

Jak łączysz świat Pal Hajs TV z życiem prywatnym?

Kiedy zaczynałem z muzyką, wymyśliłem sobie postać WuWunia, która była moim przebojowym alter ego. Generalnie to byłem skromnym chłopakiem, który nie był jakiś zbyt pewny siebie. WuWunio był moim przeciwieństwem. Dzięki temu, co robiłem, ta postać miała też wpływ na moje życie prywatne, więc ta granica między alter ego a rzeczywistością stopniowo się zacierała. Z roku na rok stawałem się bardziej postacią, którą chciałem być. Wydaje mi się, że po pewnym czasie WuWunio bardziej zdominował Marcina. To jednak też nie było dobre, bo nie da się żyć cały czas w taki sposób i na ten moment wydaje mi się, że to jest taka idealna symbioza tych dwóch światów. Na co dzień prowadzę zwykłe życie jak każdy, ale kiedy jedziemy z kamerą w las, mogę się wyszaleć, co pozwala mi zachować równowagę. To jest dość zabawne, bo ludzie myślą, że skoro często spożywamy alkohol podczas odcinków, to znaczy, że tak wygląda nasza codzienność. Ale tak to niestety nie wygląda, że życie jest jednym wielkim melanżem.

 

Twoja ewentualna abstynencja oznaczałaby koniec uniwersum czy przemodelowanie?

Na pewno część ludzi by odeszła, ale nie wiem czy wszyscy. Są tacy, którzy uwielbiają mnie pijanego i uważają, że taki jestem najśmieszniejszy. Moja żona ma na pewno inne zdanie na ten temat. Ja, jak oglądam pijanego siebie przy montażu, to zawsze jestem zażenowany. Ale wtedy, kiedy jestem pijany, uważam, że jestem super śmieszny. Na pewno czas ogarnięcia się jest bliżej niż dalej, bo czas dla wszystkich biegnie tak samo i nie da się go zatrzymać. Ale na bank jeszcze trochę postaramy się powygłupiać. Jednak alkoholowe ekscesy to nie jest to, co mnie najbardziej kręci w Pal Hajsie. Moim nadrzędnym celem jest promowanie mało znanych miejsc w naszym kraju i zachęcanie ludzi do podróżowania. Nic nie daje mi większej satysfakcji niż świadomość, że sporo ludzi odtwarza później nasze wycieczki. Podróżować mam zamiar aż do śmierci, ale nie wiem, jak długo będzie towarzyszyła nam kamera. Mam nadzieję, że jak najdłużej.

 

Dzięki wielkie za rozmowę!

Dzięki serdeczne.

 

MARCIN SPRUSIŃSKI
(ur. 04.05.1984 w Łodzi)

Twórca-artysta, satyryk i wizjoner.

Zawód wyuczony / wykształcenie

Magister inżynier informatyki.

Ulubiony zespół

Vengaboys.

Ulubiony film

Terminator 2.

Hobby

Montaż, alkohol i podróże.

Zobacz inne
Scroll Przewiń w dół

COOKIES - na naszej stronie używamy technologii takich jak pliki cookie służące do przetwarzania danych osobowych w celu analizowania ruchu, spersonalizowania wyświetlanych reklam oraz treści. Ponieważ cenimy Twoją prywatność, prosimy Cię o pozwolenie na korzystanie z powyższych technologii. W każdej chwili możesz dobrowolnie wycofać swoją zgodę wchodząc w ustawienia przeglądarki lub opuszczając stronę.

Rozumiem