12 sierpnia 2021
EXCLUSIVE 12 sierpnia 2021

Nie chcę pakować się do mainstreamu. Wywiad z Piotrem Połaciem

Ludzie nie chcą chodzić na koncerty i należy kombinować. Hossa grania dla artystów się skończyła. Dla Video Brothers Music z Piotrem Połaciem rozmawia Jacek Stasiak (Music Insider).

Podobno artysta w trakcie pandemii nie zarabia. Jaka jest prawda?

Zależy jacy artyści i co przez to pojęcie rozumiesz. Mogę mówić wyłącznie na swoim przykładzie. Żyję nie tylko z muzyki. Mam kilka źródeł dochodu. Stworzyłem firmę, która produkuje gry komputerowe i niedługo wprowadzamy nowe produkty na rynek pod jej szyldem. Dodatkowo, mam swój merch. Moja sytuacja finansowa nie jest uzależniona tylko od zysku z koncertów.

 

Czyli jesteś artystą, który patrzy w przyszłość, a nie tylko planuje coś na najbliższe dni?

Gdy masz już swoje lata, w pewnym momencie przychodzi refleksja, że nie będziesz robił tego, co robisz, do końca życia. Czas zmienić charakter muzyki, którą chcesz wykonywać. Nie możesz skakać na scenie do jednego bitu przez cały czas, tylko musisz przejść na inny rodzaj muzyki, który niekoniecznie będzie tak kasowy, jak poprzednie projekty. Należy też myśleć, by finansowo zabezpieczyć swoją przyszłość. Najlepiej pokazała to pandemia. Różne losowe zdarzenia, które potrafią wywrócić do góry nogami twoje życie, zamknąć główne źródło przychodu, nie mogą mieć wpływu na ciebie. Zwłaszcza, kiedy masz rodzinę i dziecko. Gdybym miał 22 lata, mógłbym mieć to gdzieś. Wróciłbym do matki, do pokoju, zjadł obiad, kupił piwo i nie przejmowałbym się niczym. Tak jednak świat nie działa. Mam własne życie, obowiązki i jestem na służbie cały czas.

 

Wyobrażasz sobie, że na „emeryturze” nadal koncertujesz?

Bez problemu, tylko w innej formie muzycznej. Działalność Braci Figo Fagot, jak i Darmozjadów, jest bardzo wyczerpująca fizycznie.

 

 

Szykuje się akustyczne granie?

Takie koncerty będę grał od zaraz. Należy dostosować się do rynku, panujących zasad i możliwości grania. Jesteśmy w momencie, kiedy trudno planować „normalny koncert”, a wszystko sprowadza się do decyzji naszych władz. Jeśli nasz reżim powie, że możesz grać, to grasz. Ale to nie znaczy, że ludzie chcą przychodzić na koncerty. Bilety słabo się sprzedają, popularne są tzw. darmowe festiwale.

 

Zmienił się odbiorca muzyki czy już nie chcemy płacić za kulturę?

Trudno jest oczekiwać od człowieka, który miał zdjęte 30% pensji, przez półtora roku nie wychodził z domu, że pierwsze, co zrobi, to będzie zapieprzać na koncert jakiegoś śpiewaka. Każdy z nas siedział w czterech ścianach i teraz chcemy wypić piwo w barze, zjeść hamburgera i pojechać do Mielna (śmiech).

 

W jaki sposób zmieniła się nasza branża muzyczna?

Nie lubię tego określenia. Polski rynek muzyczny jest bardzo sfragmentaryzowany. Jest kilka grup i środowisk muzycznych, które możemy nazwać, jak tylko chcemy. Jest np. hip-hop zgrupowany w określonych stajniach, są mainstreamowi czy radiowi artyści oraz managerowie, którzy skupiają połowę polskich artystów i wybłagali u rządzących otwarcie koncertów, które polega głównie na graniu podczas dni miast, gdzie zabookują swoich podopiecznych. Jednak gdy się w to zagłębić, to władza tak długo zwlekała z poinformowaniem o możliwości grania, że dużo gmin nie zdążyło zarezerwować budżetu czy zorganizować wydarzenia. Rynek muzyczny bardzo się przekształcił, ponieważ wiele firm obsługujących koncerty upadło, np. firmy nagłośnieniowe. Zostali tylko ci najwięksi. Oni znowu zmieniają politykę prowadzenia biznesu. Wcześniej było tak, że to był ostatni pies do karmienia. Przyszedł moment odwrócenia ról i oni się już na pewne rzeczy nie godzą. Płacisz pieniądze przed imprezą, ponieważ też ponoszą koszty i od tego zależy ich dalsze funkcjonowanie. Dochodzi do takiego paradoksu, że gdy każdy się rzucił na hura na organizację koncertów, to nie ma teraz komu przy nich pracować. Sprzętu i ludzi fizycznie nie ma.

 

Teraz ekipy techniczne wolą zrobić festiwal i być w jednej lokalizacji kilka dni, niż codziennie zmieniać miejsce pracy.

Dokładnie. Aktualnie widać to znakomicie. Festiwali outdoorowych nie było w Polsce zbyt dużo. Teraz, gdzie nie spojrzysz, masz poblokowane miejsca i terminy. W każdym mieście jest festiwal lub cykl imprez pod jednym szyldem.

 

 

Czy można mówić o problemie z rezerwacją klubów i miejsc do grania?

Nie wszystkim się to opłaca. Klub funkcjonuje jak knajpa, żyje ze sprzedaży wódy. Jeśli ma teraz nałożone ograniczenia do 25% zwykłego obłożenia, sprzeda mniej alkoholu, zarobi mniej na bramce i tutaj nie musisz być matematykiem, żeby zrobić szybką kalkulację, że to się nie opłaca. W przypadku outdooru dochodzi natomiast jeszcze kwestia pogody oraz kapryśności ludzi. Najlepszym tego przykładem jest zespół Kult. Mimo, że ma wiernych fanów, to teraz ludzie nie przychodzą. Zespół pierwszy raz od lat nie ma wyprzedanych koncertów, które i tak nie odbywają się z maksymalnym obłożeniem. To świadczy tylko o tym, że ludzie nie chcą chodzić na koncerty i należy kombinować tak, by przy tych outdoorowych koncertach blokować te zespoły.

 

Nie mówimy w tym przypadku o przesycie koncertowym? Cały czas ci sami artyści w tych samych miastach.

Doszliśmy do momentu, kiedy koncertów było bardzo dużo, artystów jeszcze więcej. Przyszedł covid i zrobił naturalną selekcję. Ludzie zrozumieli, że nie muszą być na każdym koncercie. Hossa grania dla artystów się skończyła. Był moment, że nie można było czegokolwiek sprzedać. Mainstreamowi artyści potrafili grać swoje solowe koncerty, a następnie grać na największych festiwalach. Teraz fan wybiera jeden koncert, który musi pasować pod jego grafik oraz być w zasięgu finansowym.

 

Należysz do artystów mainstreamowych?

Bardziej bym powiedział o sobie, że należę do alternatywy. Nie chcę pakować się do mainstreamu, ponieważ to niesie ze sobą inne obciążenie, na które jestem zbyt leniwy. Nie wyobrażam sobie, żebym miał dokumentować swoje życie na Instagramie przez cały czas. Jestem już na to za stary i to wiąże się z tym, że już mam zbyt dużo zobowiązań pozamuzycznych.

 

Jak zatem wygląda tydzień pracy muzyka alternatywnego?

Od rana załatwiam sprawy związane z firmą, o której wspominałem. Pracy jest bardzo dużo, bo pod koniec lata chcemy wypuścić pierwszy produkt pod jej skrzydłami, który mam nadzieję mocno namiesza. Około godziny 15 jadę do studia i rzeźbię. Obecnie jestem w trakcie nagrywania płyty z Sir Michem. Będzie to mój solowy projekt elektroniczny. Całość osadzona jest w retrowave i jego różnych odmianach, czyli synthwave, synthpop, outrun, czy żarty w ramach vaporwave. Na płytę zaprosiłem artystów młodego pokolenia, więc możemy spodziewać się również hip-hopu.

 

 

Szykuje się kolejny projekt. Liczyłeś, ile grup współtworzyłeś?

Nie jest tego aż tak dużo. Licząc od dzieciaka, może w osiemnastu by się to zamknęło (śmiech). Możliwe, że gdy będę dochodził do pięćdziesiątki, zamknę się w pięćdziesięciu. A tak na poważnie. Teraz skupiam się na projekcie solowym, czyli Figo86. W międzyczasie robię drugą płytę Darmozjadów.

 

Dlaczego zdecydowałeś się na solowy krok?

Chcę zaproponować sobie i słuchaczom nową formułę. Chcę się oprzeć na lirycznym szoku w stylu liryki Oscara z Problemu, zatopionej w muzyce nostalgicznej. W mojej twórczości był już moment, że pokazałem retro, ale w tym polskim wydaniu, które jest ciężkie, „wódkowe”. Teraz chcę przemycić ten amerykański klimat, który jest lżejszy i ma w inny rodzaj siły przebicia.

 

Na zespół muzyczny patrzę przez pryzmat prowadzenia firmy. Czy opłacalne jest angażowanie się w aż tyle projektów?

To wszystko zależy, jaki model biznesowy przyjmiesz. Każda firma powie, że dywersyfikacja jest podstawą szerokiego portfela. Masz jeden zespół dojny, na którym zarabiasz, drugi jest prospektem, a kolejny ma cel wizerunkowy. Zespoły są przedsiębiorstwami, bo zatrudniają ludzi, ponieważ jest bardzo dużo pracy od kuchni. Bardzo łatwo jest w branży muzycznej czy filmowej zwariować i spalić masę pieniędzy. To nie jest problem, wziąć 7 milionów i je przepalić w promocji i nie zarobić na tym absolutnie ani złotówki. W tym momencie muzyki jest tak dużo, że samo to, że jesteś świetny nie wystarcza. Są sytuacje, że ludzie są niesamowicie słabi i robią z tego atut, że właśnie są najgorsi na świecie i nagle tworzymy z tego viral i fani szaleją. W branży rozrywkowej popularność zależy od przypadku, tak jak przy rzucie kostką. Dlatego ważne jest, by pomóc sobie w tym i wszystko w zespole poukładać. Zatrudnić właściwych ludzi, stworzyć struktury, ułożyć plan na rozwój, wszystko dawkować w odpowiednim czasie i tak dalej. Nie można tego robić na hura i myśleć, że jakoś to będzie. Skończyły się czasy dla osób, które chcą sprzedać wyłącznie muzykę.

 

Nie zgadzasz się ze stwierdzeniem, że „muzyka się sama obroni”?

Nawet Led Zeppelin sprzedawali coś więcej: seks, marzenia. Ludzie teraz potrzebują coraz więcej bodźców. Do muzyki musisz stworzyć dedykowany merch dobrej jakości, do tego breloczek, portfel, grę komputerową… siedemnaście wersji. Twoją płytę w różnych wersjach kolekcjonerskich, specjalne wersje w digitalu. Naprawdę, w tym momencie zespół to już nie tylko muzyka, ale duża firma. Posługując się ekstremalnym przykładem, to Metallica w latach 90. do obsługi stacjonarnych punktów sprzedaży merchu zatrudniała z tysiąc osób.

 

Czy pandemia przesieje zespoły, które zawodowo nie podchodziły do swoich firm, zespołów?

Na pewno tak. Jednak nasze podwórko jest bardzo specyficzne. Młodym uprawiającym hip-hop, którzy grają pierwsze skrzypce w internecie, nie zależy aż tak na koncertach, bo oni zarabiają na cyfrze. Teledyski są robione po to, by wyświetlały się na karcie “na czasie”. Następnie słuchacz ma w opisie kliknąć link do Spotify, gdzie znajdzie kolejny utwór. Każde wyświetlenie jest monetyzowane. A koncerty są tylko po to, by wyjść na chwilę z domu i przytulić parę złotych jako dodatek. Masz kilka dróg do wyboru. Nie musisz być dużym zespołem, który trzyma kurczowo swoich fanów. Wystarczy, że ci fani zobaczą twój teledysk, a następnie zrobić promocję z tego, że jesteś na szczycie Spotify i koło się zamyka. W skrócie, ludzie mają teraz więcej możliwości zarabiania na muzyce niż kiedyś.

 

 

Opłaca się nagrywać albumy?

Tak, ale niekoniecznie finansowo. Jeżeli nie chcesz koncertować, tylko skupiasz się na monetyzacji, to płyta nie jest ci do niczego potrzebna. Wystarczą nośne single. Płyta niesie ze sobą ten minus, że jeśli nie masz fanów, którzy kupują płyty, to jej nie sprzedasz. W przypadku Braci Figo Fagot, Darmozjadów czy solo, jest sens wydawać płytę. Jeśli ktoś jest mądry i wie jak biznes funkcjonuje, nie będzie się spalać o to. Dlatego trudno mówić ogólnie i powiedzieć tak lub nie. Musisz wiedzieć, w jakim obszarze branży funkcjonujesz i wtedy wiesz co i kiedy możesz zrobić.

 

Na solowej płycie będziesz chciał stworzyć obraz społeczeństwa, tak jak przy Darmozjadach czy Braciach Figo Fagot?

Tak, ale to przez pryzmat osobisty. Nie będę patrzeć na społeczeństwo jako na całość, ale na relacje między ludźmi – jacy są wobec siebie. Myślę tutaj o skrajnym egoizmie połączonym z głupotą.

 

Miałeś na scenie sytuację, gdy zadałeś sobie pytanie “co ja tutaj robię?”

Był taki koncert pod Bełchatowem, w klubie Cytrynka. To miało miejsce na początku kariery Figo Fagot i był to punkt po drodze na naszej trasie koncertowej. Część dyskotek, które nazywam “wichurami” wygląda w porządku. To nie są już czasy, że lokal to zaadaptowana chlewnia z kulą disco pośrodku. Kluby przejmują młodzi właściciele, którzy remontują całość lub burzą i stawiają coś nowego na miejski wzór, bo oni już widzieli trochę świata i wiedzą, jak to powinno funkcjonować. Wracając do Cytrynki, która wydawała się salą OSP, by następnie okazać się niedokończonym garażem z zaprawą na ścianach. Do tego podniesione drzwi dla żuka, który robił za wóz strażacki. Przestrzeń pozwalała wpuścić 400 osób, ale sam garaż był niewielki, bo mieściła się w nim tylko ta bestia z pompą wodną. I to był moment “what the fuck?”.

 

Nie warto grać wszędzie?

Takie sytuacje uczą pokory, że nie zawsze są sale ze złota, że nie wszystko jest takie, jak zakładasz. Nie mam tutaj pretensji do osób, które przyszły na ten koncert, bo chciały po prostu posłuchać muzyki i dobrze się pobawić.

 

Zdarza ci się podpatrywać innych wykonawców, w jaki sposób oni grają koncert, jak wygląda show?

Nie, próbuję tego nie robić. Nie mam żadnych wypracowanych ruchów scenicznych. Staram się być w tym naturalny i spontaniczny. Gram tak, jak w danym momencie się czuję i nie przyjmuję żadnej pozy. Oczywiście, zauważam teatralność u innych zespołów. Każdy wybiera swoją drogę. Ja już wyzbyłem się czegoś takiego, jak krytykowanie innych i „śmieszkowanie” z kogoś. Każdy ma swoją receptę na to, co robi i jeżeli ma przed sobą tłum odbiorców, ludzie kupują bilety i chcą go zobaczyć, to świetnie dla niego. Jednak nie czuję potrzeby, żeby to kopiować, bo to nie jestem ja.

 

A pod względem oprawy koncertów?

Tutaj nie pójdziesz inaczej. Jest pirotechnika, światełka, wizualizacja. Zakres jest ograniczony i to właśnie możesz podpatrywać. W tym przypadku jedynym ograniczeniem są pieniądze, bo też nie na każdym koncercie możesz sobie na wszystko pozwolić.

 

Na scenie jesteś już kilkanaście lat. Co mógłbyś doradzić młodym artystom?

Po pierwsze, nie bać się. Po drugie, nie słuchać tego całego „a wiesz”, „a bo”, „a tamto”. Jeśli w to wierzysz, to musisz, to robić. Nie oglądać się za siebie. Po prostu, „nie pierdolić się”.

 

Dzięki za wywiad!

Dziękuję.

 

PIOTR POŁAĆ
(ur. 01.07.1986 w Łodzi)

Wokalista metalowy i punkowy, kompozytor, autor tekstów i scenariuszy. Związany m.in. z zespołami Bracia Figo Fagot, Darmozjady i Speculum.

Wykształcenie

Średnie

Ulubione zespoły i wykonawcy

Tom Waits, David Sylvian

Ulubione filmy

Nie oglądam.

Hobby (poza muzyką)

Wędkarstwo

Zobacz inne
Scroll Przewiń w dół

COOKIES - na naszej stronie używamy technologii takich jak pliki cookie służące do przetwarzania danych osobowych w celu analizowania ruchu, spersonalizowania wyświetlanych reklam oraz treści. Ponieważ cenimy Twoją prywatność, prosimy Cię o pozwolenie na korzystanie z powyższych technologii. W każdej chwili możesz dobrowolnie wycofać swoją zgodę wchodząc w ustawienia przeglądarki lub opuszczając stronę.

Rozumiem