22 czerwca 2021
EXCLUSIVE 22 czerwca 2021

Będziemy odmawiać w takich wypadkach. To oszukiwanie odbiorców. Wywiad z Robertem „Kazonem” Kazanowskim

O największych koncertach, procesie tworzenia muzyki i polskiej scenie metalowej – dla Video Brothers Music z Robertem „Kazonem” Kazanowskim rozmawia Dominik Kalwinicki (CoolturaTV).

Koncert na Stadionie Narodowym jako Night Mistress czy Nocny Kochanek?

Raczej Nocny Kochanek. Na Night Mistress nie byłoby za dużo ludzi. Jakiś czas temu graliśmy 15-lecie Progresji (klub muzyczny w Warszawie — przyp. red.) i 15-lecie Night Mistress i nie było sold-out’u.

 

A gdyby publiczność była równie liczna?

Mimo wszystko jako Nocny Kochanek. Jako Night Mistress fajnie się grało te numery, ale były one trochę zamknięte w konwencji heavy power metalu. Trudno było znaleźć jakąś odskocznię od tego klimatu. Wprawdzie staraliśmy się robić numery zróżnicowane, ale na pewno nie wyglądało to tak, jak teraz przy Nocnym Kochanku. Obecnie przez samą konwencję tekstów możemy sobie uciec trochę w rocka czy kawałek „Koń na białym rycerzu”, który jest zarówno power metalowy, jak i trochę średniowieczną balladą. Na wszystko możemy sobie pozwolić. Nic właściwie w Nocnym Kochanku nas nie ogranicza.

 

Jaki koncert najbardziej zapadł ci w pamięci?

Na pewno Woodstock vel Pol’and’Rock Festival. Największy koncert, jaki zagraliśmy w życiu.

 

Wówczas padł rekord frekwencji – 700 tysięcy widzów.

Pytanie, czy uda się to przebić kiedyś… Myślę jednak, że kolejne tego typu imprezy, wolne od obostrzeń i ograniczeń, mogą pobić wszelkie rekordy. Wszystkim brakuje takich eventów i koncertów.

 

Najbardziej szalona akcja podczas występu na żywo?

Ciężko powiedzieć, bo wbrew pozorom nie zapamiętuję wszystkiego, co dzieje się na koncertach. Na pewno pamiętam, jak dostałem pirotechniką w twarz na Torwarze (hala sportowa w Warszawie — przyp. red.), jakiś czas jeszcze chodziłem z poparzoną gębą.

 

Mam nadzieję, że był to niefortunny wypadek.

To nie było zaplanowane. Wszystko na szczęście skończyło się dobrze. Nie jestem skrybą ani kronikarzem naszego zespołu, to chłopaki zazwyczaj mają głowę do tego typu historii. Pamiętam na pewno jeszcze jak podczas koncertu w Progresji fan w przebraniu konia z kolegą na plecach wykiwali ochronę i wbiegli nam jakoś bokami na scenę w trakcie kawałka „Koń na białym rycerzu”.

 

 

Czyli generalnie na spokojnie i z humorem.

Mamy bardzo fajnych fanów. Zawsze jest kulturalnie, zabawnie. Nie ma przykrych incydentów. Pamiętam jeszcze jak graliśmy podczas eliminacji do pierwszego Woodstocku na dużą scenę. To było jakoś w środku tygodnia i to wczesną porą, koło godziny 14 czy 15. Mieliśmy wtedy pod sceną około tysiąca ludzi, którzy zjechali się z całej Polski, by nas wesprzeć. Tak naprawdę to dzięki nim udało nam się wtedy dostać.

 

Na pierwszy koncert w ramach trasy „Hewi Metal Pany” w Łomży w 2015 r. przyszło około 30 osób. W 2018 r. podczas Pol’and’Rock blisko 700 tys. osób. Jak wygląda przygotowanie i nastawienie zarówno do występów przy tak licznej, jak i nielicznej publiczności pod sceną?

Powiem ci, że tak naprawdę staramy się zawsze podchodzić do tego tak samo, niezależnie od liczby fanów. Oczywiście, że przy takim koncercie, jakim był Woodstock, to był dużo większy stres. Z drugiej strony jednak jeśli pod sceną jest wspomniane 30 osób, mam wrażenie, że ci ludzie słuchają bardziej uważnie. Wiesz, jest takie poczucie, że im mniej jest osób, to każdy błąd jest bardziej słyszalny i zauważalny przez publikę.

 

Co jest dla ciebie najtrudniejsze w procesie tworzenia?

Myślę, że niepowtarzanie się w tym, co piszę. Bardzo łatwo jest powielać pewne schematy, kiedy masz świadomość, że coś już zadziałało i dlaczego, by tego nie użyć ponownie? Nie lubię tego. Unikam powtarzalności. Wielokrotnie bywało tak, że cały utwór wyrzucałem do kosza, bo stwierdziłem, że jest podobny do innego. Zdarzało się też tak, że jeżeli dostrzegłem choćby kombinacje kilku kawałków wrzuconych do jednego numeru, to również z niego rezygnowałem i próbowałem od początku napisać coś nowego. W ostatnim czasie staram się też pisać solówki, które będę w stanie zagrać na żywo. Kiedyś napisałem taką, którą po jakichś 4 latach od wydania płyty, już prawie umiem zagrać! (śmiech)

 

Jesteś multiinstrumentalistą. Jest jakiś instrument, którego bardzo chciałbyś użyć w piosence, a do tej pory nie było ci dane?

Na nowej płycie na pewno pojawi się coś nowego, co chciałem już wcześniej wykorzystać. Przez ostatnie 4 lata zbierałem się, aby kupić ten instrument i użyć go na krążku. Udało się na szczęście! Nie będę zdradzał dokładnie, co to będzie. Powiem tylko, że na pewno ma struny. Z „dęciakami” się za bardzo nie dogaduję.

 

W szkole muzycznej grałeś na pianinie, ale również na fagocie.

Fortepian jest podstawą w szkole muzycznej. Z tym raczej problemów nie było. Z fagotem było już niestety inaczej. Po półtora roku stwierdziliśmy wspólnie z profesorem, że to raczej nie jest moja droga. Fizycznie nie byłem w stanie chyba zrozumieć, jak należy ułożyć zadęcie i pracować przeponą, aby to odpowiednio grało. Uznaliśmy po prostu, że nie ma sensu się męczyć. Muszę się przyznać, że jest jednak dęciak, na którym chętnie nauczyłbym się grać, mowa o saksofonie. Zawsze uważałem, że w muzyce rockowej był idealnie używany. A to do jakichś solówek, a to do jakichś melodyjek. W latach 70. czy 80. świetnie było to wykorzystywane i nie ukrywam, że trochę mi się marzy, by zrobić coś podobnego. Chciałbym sprawdzić też skrzypce. Powoli przymierzam się do takiego zakupu.

 

Był utwór, którego długo nie mogłeś się nauczyć, a musiałeś go zagrać? Nie licząc solówki, o której wspomniałeś.

Mało uczę się cudzych kompozycji. Lubię sobie czasem zagrać jakiś coverek, ale na pewno nie jestem tego jakimś większym fanem. Nigdy nie miałem presji, by uczyć się cudzych utworów. Wolałem zawsze pisać swoje. Mimo wszystko, gdybym miał podać jakiś kawałek, to byłby to „Satch Boogie” Satrianiego. Kiedyś prawie udało mi się w całości to zrobić, ale jest to naprawdę bardzo trudny numer… Chyba jeszcze jestem za słaby! Podobnie jest z zespołem DGM, którego słucham już od wielu lat. Taki włoski band progresywno-metalowy. To co tam gość robi z gitarą, to jest niesamowite. Chciałbym tak kiedyś grać.

 

 

Jesteś fanem Joe Satrianiego i klimatu blues-rocka. Co ci się najbardziej podoba w tej twórczości? Taka muza jednak odbiega trochę od tego, co gracie.

Night Mistress i jego polskie alter ego – Nocny Kochanek to tak naprawdę moja druga kapela, w której gram. Wcześniej był to zespół „In Side”, jakieś 15 lat temu. Muza, jaką wtedy graliśmy, to bardziej połączenie death metalu ze współczesnym metalem, bardzo dziwna i niespotykana hybryda gatunkowa. Właściwie to grałem w tym zespole wtedy dlatego, że byli tam moim znajomi. Prywatnie wolę grać muzykę bardziej melodyjną. Powiedzmy, że coś właśnie w stylu Satrianiego. Wiesz, to jest muzyka ładna. Mimo że gra szybko, to zawsze z sercem. Podobnie jak inni wybitni gitarzyści – Satriani gra bardzo technicznie, a przy tym jeszcze przyjemnie dla ucha. Dostrzegam u niego zarówno kunszt, jak i dużą lekkość, co mi się bardzo podoba.

 

W ostrej muzie jest miejsce na klawisze? Zakk Wylde jest tego przykładem, choć nadal są to jednak wyjątki.

Wiesz, takie zespoły jak Halloween, Blind Guardian czy nawet DGM, o którym wspomniałem, przemycają w swoich kawałkach klawisze. My również chętnie po nie sięgaliśmy. Krzysiu (przyp. Krzysiek Sokołowski – wokalista Nocnego Kochanka) napisał partię pianina do „Andżeli”, ja tylko zrobiłem aranż. W numerze „Koń na białym rycerzu” dograłem w tle klawesyn. Z kolei w kawałku „Tirowiec” dorzuciłem hammondy. Może nie jest to słyszalne na pierwszym planie, ale jest to celowy zabieg, by fajnie dobarwić cały miks. Klawisze na pewno wszędzie można wrzucić.

 

Nocny Kochanek stoi obok stereotypowego metalu. Czy odmówiono wam kiedyś zagrania na jakimś festiwalu, w którym chcieliście wziąć udział?

Nie kojarzę w sumie żadnego tego typu incydentu. Zdarzało się natomiast, że sami odmówiliśmy zagrania. Nie do końca pamiętam, co to było, ale motyw przewodni imprezy skupiał się głównie na temacie walki z alkoholizmem. Naturalnie pojawiło się jedno ważne pytanie do organizatorów tej imprezy – czy mają świadomość tego, co gramy. Przecież gruby procent naszych tekstów jest o konsumpcji trunków! Ostatecznie wspólnie stwierdziliśmy, że nie jest to najlepszy pomysł i koncert z naszym udziałem się nie odbył.

 

 

Jak reaguje na was środowisko muzyczne?

Tak naprawdę funkcjonujemy raczej trochę obok niego, jednak wydaje mi się, że relacje mamy dobre. Wbrew pozorom spore grono zaprzyjaźnionych kapel, mimo że grają poważniejszą muzę, to poczucie humoru mają bardzo podobne do nas i sami tego swojego grania nie traktują aż tak poważnie, jak mogłoby się wydawać. Przynajmniej za kulisami.

 

W jakiej kondycji jest polska scena metalowa?

Jest mało zmienna. Głównie funkcjonują te same zespoły. Czasem jakieś nowe bandy próbują swoich sił, ale gdzieś to się po drodze zaciera. To samo mieliśmy z Night Mistress. Mam wrażenie, że ludzie mają trochę dosyć już tego poważnego grania. Nieważne jak dobrze kawałki są napisane, ludzie mogą mieć tego dosyć. Spójrz na to w ten sposób. Fani przychodzą na koncerty przeważnie w piątek lub sobotę, po tygodniu pracy. Są zmęczeni i chcą się trochę pobawić, trochę odciąć się od codzienności, napić piwka, miło spędzić czas. Jeśli wchodzi na scenę zespół i śpiewa o tym, jak to jest źle w życiu albo jak to w Polsce niedobrze się żyje, to chyba ciężko jest tu się połączyć ze słuchaczem. Ludzie chcą się bawić, pośmiać z głupich tekstów, odreagować. Taki „tryhard” w graniu może nie zabija polskiej sceny metalowej, bo ona cały czas niezmiennie jest, ale wyjście poza schemat mogłoby ruszyć nieco tą muzą w Polsce. Warto spróbować, Nocnemu Kochankowi się udało.

 

Co doradziłbyś młodym ludziom zaczynającym przygodę z muzyką?

Przede wszystkim nie próbowałbym starać się grać jak ich idole, nuta w nutę. Są zespoły, które sobie postanowią, że robią thrash metal – „gramy jak Metallica”. Czyli biorą dwa ulubione kawałki Metalliki i ich riffy. Na podstawie tych riffów robią swoje i próbują generalnie zrobić przykładowo polską wersję. A to nie zagra, nie zadziała. Z prostej przyczyny, bo jeżeli ktoś będzie chciał posłuchać oryginału, to odpali Metallicę, a nie jakąś podróbę nie wiadomo skąd. Wydaje mi się, że warto byłoby, by muzycy, zwłaszcza metalowi, zrozumieli, skąd pochodzi ta muzyka. Stąd też moja fascynacja bluesem, rockiem. Wiesz, blues jest podstawą muzyki gitarowej. Z bluesa wyszedł rock, z rocka hardrock itd. Aż do metalu i wszystkich jego odmian. Oczywiście rozumiem, że ktoś chce grać jak Metallica, ale sama Metallica jak zaczynała grać, nie była taka jak teraz. Również ten zespół sięgał nieco głębiej. Warto zastanowić się, co ci panowie grali wcześniej, że doszli do grania obecnej muzy. Z nowymi zespołami może być podobnie. Wszystko sprowadza się do tego samego, czyli wypracowywania, w większym lub mniejszym stopniu, własnego stylu. Tego chyba najbardziej brakuje młodym zespołom. Takiej świadomości muzycznej. Oczywiście należy ćwiczyć, ale warto też pisać swoje rzeczy. Napisanie piosenki, nagranie i odsłuchanie. To bardzo kształci.

 

 

Warto zatem kształcić się w szkole muzycznej?

TAK! Ze szkołą muzyczną miałem kontakt przez półtora roku, byłem na drugim stopniu na instrumencie bez przygotowania muzycznego i nie powiedziałbym, że coś mi to dało na tym etapie mojego życia. Szkoła muzyczna w Polsce uczy warsztatu, jednak nie rozwija zbyt dobrze myślenia muzycznego. Nie wzbudza kreatywności tworzenia, tylko uczy odgrywania cudzych utworów. Jak wspominałem, nie jestem fanem coverów, na pewno nie chciałbym tego robić całe życie i po prostu ta szkoła nie była dla mnie. Uczyłem się jednak w domu kultury gry na instrumencie klawiszowym i to przez wiele lat. Jestem w stanie stwierdzić, że na pewno to pomogło w młodym wieku. Na gitarze z kolei nauczyłem się grać sam i to od podstaw. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, mi to wystarcza. Jeżeli ktoś nie potrafi samemu okiełznać instrumentu, to oczywiście warto spróbować i zapisać się do szkoły, czy choćby ogniska muzycznego na naukę. Może być tak, że nauczyciel wskaże tylko odpowiedni kierunek i pójdzie z górki. Przede wszystkim jednak, nieważne czy w szkole, czy samemu, trzeba ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć! Chłopaki z zespołu się trochę śmieją ze mnie, że to mówię, bo to jest moja najczęstsza rada dla ludzi. Niestety, tak po prostu jest. Samo nic się nie zrobi. Żeby rozwijać skilla, trzeba dużo grać, czy to gramy klasykę, czy jakieś covery. Blues to dobry punkt startowy. Proste skale, trzy akordy, a potem co kto lubi.

 

Ile jest procentowo szczęścia w drodze zespołu do sukcesu?

Oj dużo. Wiele kapel w takim tryhardowym wydaniu nie podjęłoby raczej decyzji, jaką podjęliśmy my. Nasz basista dawno temu pisywał z Bartkiem Walaszkiem. Wiesz, Git Produkcje i te tematy. Przy okazji wysłał też muzykę Night Mistress, ponieważ słyszał, że będzie jakiś nowy serial, w którym ma się pojawić muzyka metalowa itd. Także zaproponował, że w razie czego może użyć. Ostatecznie okazało się, że serial był o zespole disco polo, stąd wzięli się bracia Figo Fagot! Kontakt z Bartkiem, mimo wszystko został, a muzyka spodobała mu się na tyle, że zaproponował nam nagranie muzyki do tekstu i chyba wstępnie nagranej melodii wokalu, którą mieli przygotowaną do ich produkcji. Stwierdziliśmy, że to super sprawa. Mega fajnie, że człowiek, którego lubimy i oglądamy od lat, nam coś takiego zaproponował i możemy coś wspólnie zdziałać. Dzięki temu tak naprawdę się zaczęło. Drugi etap był taki, że skoro ludziom to się podoba, to spróbujmy napisać coś takiego sami, bez pomocy Bartka. Tak żeby to było już w stu procentach nasze. Tak powstał „Wielki Wojownik”, który, co ciekawe, ludziom się nawet podoba, ale Bartkowi, z tego, co wiem, już nie. Później wleciało „Andżeju” i jakoś stwierdziliśmy, że skoro mamy już parę numerów, to może wypadałoby napisać całą płytę. Wciąż jednak nikt tego poważnie nie traktował. Była to raczej forma zabawy, taka zajawka na tamten czas. Jak coś wyjdzie, to będzie fajnie. No i wyszło!

 

Istnieje jakaś aktywność muzyczna, której nie podjąłbyś się za żadne pieniądze?

Nie pamiętam tego dokładnie, ale na pewno była sytuacja, w której odmówiliśmy i zawsze będziemy odmawiać w takich wypadkach. Granie z playbacku jest dla nas nieakceptowalne. Czyli de facto niegranie. To tak naprawdę oszukiwanie odbiorców, a nie o to chodzi w muzyce. Playback nie wchodzi w grę.

 

Gdybyś mógł, jaką decyzję z przeszłości byś zmienił?

Nie zacząłbym palić papierosów. Wychodzenie z tego nałogu jest jedną z trudniejszych rzeczy, jaką próbuję robić od paru lat. Człowiek zaczyna jak jest młody i głupi, a potem pojawia się problem, bo rzucić wcale nie jest tak łatwo. Mija 15 lat i dalej mam z tym problem. Rzucałem, wracałem, a nawet próbowałem elektronicznych papierosów. Staram się ograniczyć, ale wiem, że jest to nałóg, który w większej lub mniejszej formie, zostanie ze mną do końca życia.

 

Kazon, bardzo Ci dziękuję za rozmowę!

Dzięki!

 

ROBERT KAZANOWSKI
(ur. 05.10.1987 w Warszawie)

Multiinstrumentalista, gitarzysta Nocnego Kochanka.

Zawód wyuczony / wykształcenie

Policealne – realizacja dźwięku.

Ulubione zespoły i wykonawcy

Joe Satriani, Blind Guardian, DGM oraz H.E.A.T.

Ulubione filmy

Armagedon, MCU i Gwiezdne Wojny: Imperium Kontratakuje (część V).

Hobby (poza muzyką)

Gry komputerowe.

Zobacz inne
Scroll Przewiń w dół

COOKIES - na naszej stronie używamy technologii takich jak pliki cookie służące do przetwarzania danych osobowych w celu analizowania ruchu, spersonalizowania wyświetlanych reklam oraz treści. Ponieważ cenimy Twoją prywatność, prosimy Cię o pozwolenie na korzystanie z powyższych technologii. W każdej chwili możesz dobrowolnie wycofać swoją zgodę wchodząc w ustawienia przeglądarki lub opuszczając stronę.

Rozumiem