24 maja 2021
EXCLUSIVE 24 maja 2021

Youtuberzy psują wszystko, czego się dotkną! Rozmowa z Grzegorzem Barańskim (Dakann)

O twórczości i doświadczeniu, sztuce dźwięku i obrazu, nowych formatach oraz patologii muzycznej i twórczej w internecie – dla Video Brothers Music z Grzegorzem „Dakannem” Barańskim rozmawia Dominik Kalwinicki (CoolturaTV).

Książka napisana. Czujesz ulgę?

Tak, książka jest skończona. Było ciężko. Ulgi nie czuję, bo nie jestem zadowolony z końcówki. Musiałem mocno nadrobić pisanie i wyszła lekka lipa. Planowany wydawca odpuścił temat i obecnie szukam nowego wydawnictwa. Liczę, że uda się to w końcu przedrukować. Opcjonalnie w grę wchodzi przełożenie treści na pełnometrażowy „Piątek” lub self-publishing.

 

Posiadasz doświadczenie lektorskie, które na pewno pomogłoby w jego stworzeniu. Od lat pracujesz głosem jako narrator w serialowym „Piątku”. Jak na przestrzeni lat oceniasz swój lektorski skill?

Średnio, bym powiedział. Wiele osób twierdzi, że jest spoko, mam doświadczenie i mógłbym to robić. Ja jednak jestem zdecydowanie bardziej samokrytyczny wobec siebie.

 

Dlaczego?

Nie jestem aktorem głosowym. Narracyjnie być może bym sobie poradził z jakimiś zleceniami, jednak nie wiem, czy potrafiłbym udawać głosy lub grać głosem. Ja tak naprawdę czytam swoje słowa i myślę, że sprawdzam się w tym, co sam piszę.

 

Starasz się rozwijać swój głos? Wykonujesz lub wykonywałeś jakieś ćwiczenia?

Kiedyś, kiedy pracowałem jeszcze w Wirtualnej Polsce, miałem zajęcia z dźwiękowcem, który uczył mnie mówić z przepony. Różne były ćwiczenia. Nie były one zbyt profesjonalne, ale sporo mi pomogły, jeśli chodzi o dykcję, przy „niezjadaniu” końcówek słów i po prostu żeby to brzmiało lepiej.

 

Co sprawia ci największą trudność w pracy lektorskiej?

Powiem ci, że jeżeli pracuję z własnym tekstem, to nie mam właściwie żadnych problemów. Gorzej było, jak miałem kiedyś joba związanego ze streszczeniem lektury. To byli chyba „Krzyżacy” albo „Potop”. Pamiętam, że była to dla mnie katorga (staropolszczyzna). Poza tym to raczej prosta robota dla mnie.

 

Czytałeś też sporo z promptera.

Trochę tego było. Tylko Kino, „Update” w Tosiewytnie.com, właściwie prawie każdy projekt, w którym byłem prezenterem. Na pewno zebrałem jakieś doświadczenie dzięki temu. Praca z prompterem nauczyła mnie wyczucia tempa czytania i pewnie trochę płynności. Generalnie to wszystko kwestia wprawy. Nie jest to wcale tak trudne, jak mogłoby się wydawać.

 

“Piątek” można usłyszeć również w formie podcastu. Przygotowujesz się do tego w jakiś inny sposób?

Tak, jest to inne, ale i fajne, nowe doświadczenie. Bardzo lubię to nazywać słuchowiskiem, a nie podcastem… ale Łukasz Skalik (szef Video Brothers) mówi, że brzmię wtedy jak boomer. Wiesz, to jest jednak inaczej udźwiękowione – jest tam fabuła, są różne głosy i dźwięki, jest przede wszystkim jakaś opowieść. Lubię to nazywać małym teatrzykiem albo właśnie słuchowiskiem. Jest to dla mnie też czymś nowym i fajnym dlatego, że stworzyło mi szersze pole do popisu ze względu na fabułę. Nie trzeba tego filmować i dzięki temu mogę wymyślić dowolne miejsce akcji, mogę osadzić tylu bohaterów, ilu zechcę, może mnie porwać UFO. Krótko mówiąc, mogą się dziać cuda. To jest bardzo satysfakcjonujące, ponieważ mogę popłynąć wyobraźnią i stworzyć dowolny odcinek o dowolnej tematyce. Na pewno trudniejsze przy takiej formie pracy lektorskiej i narracyjnej jest rozdzielenie i rozróżnienie głosu narratora od bohatera, którego odgrywam. Muszę operować głosem nieco inaczej, modulować go. Tomasz Oreł (kierownik produkcji) pomaga mi wydobyć odpowiednie tony, aby głos brzmiał nieco inaczej. Myślę, że to było coś, na czym się początkowo zaciąłem. Całościowo super doświadczenie. Bardzo dobrze się bawię, nie tylko pisząc, ale i nagrywając, bo jest to coś zupełnie innego.

 

Masz swój ulubiony odcinek „Piątku”?

Na pewno lubię odcinek o ochroniarzach. Są tam dziwne scenki. Fajnie nam to wyszło i myślę, że dobrze ugryźliśmy tę komiczność i groteskowość dziadków siedzących w budkach. Lubię odcinek o jesieniarach, bo jest czysto prześmiewczy i co roku winduje nam w wyświetleniach. Ludzie wpisują ciągle tę “jesieniarę” w necie, to też nasz film regularnie wyskakuje. Lubię bardzo epizody, które opisują zjawiska społeczne albo jakieś grupy, nawet wymyślone, trochę memiczne. Bardzo podobał mi się odcinek o madkach 500+, bo dziewczyny super zagrały. Zależało mi na tym, aby wyśmiać i upokorzyć tę patologię. Żeby pokazać tych ludzi w najgorszym możliwym świetle. Oczywiście tych prawdziwych patusów, a nie ludzi, którzy faktycznie potrzebują pieniędzy. Lubię odcinek o wspomnieniach z dzieciństwa, mimo iż jest strasznie boomerski, podobnie jak odcinek o zimie, ale fajnie się to po prostu kręciło. No i oczywiście myśliwi… Kręcąc to, wiedzieliśmy, że będzie to nie kij, a strzał w mrowisko i coś się na pewno wydarzy. Naprawdę przyłożyliśmy się do tego kostiumami, tekstami… Kręciliśmy cały dzień i wiedzieliśmy, że będzie to zaoranie tego zjawiska.

 

Nie żałujesz tego odcinka?

Nie, absolutnie. Zrobiłbym nawet drugą część!

 

 

W jednym z vlogów wspomniałeś, że muzyka klasyczna jest wyjątkowa, ponieważ można ją dopasować do wszystkiego. Zatem inne gatunki nie spełniają tej funkcji?

We wprawnych rękach muzyka czy reżysera wszystko da się osadzić we wszystkim. Jeżeli odpowiednio zmontuje się materiał, to jak najbardziej. Myślę po prostu, że muzyka klasyczna jest najbardziej plastyczna pod tym względem. Poza tym zawsze można ją przerobić i dopasować jako świetne tło filmu o średniowieczu, a jak doda się jakiś fajny vibe sci-fi, to i do „Blade Runner’a” będzie pasowała. Trudno sobie wyobrazić, poza paroma jakimiś specyficznymi produkcjami, czy filmowymi sytuacjami, żeby polskie reggae pasowało do czegoś. Poza klimatem specyficznym, dopasowanym do tego. Podobnie jak polskie rapy. Amerykański rap o wiele lepiej da się dopasować do wielu sytuacji, bo i w kinie akcji można go usłyszeć. W produkcjach o wyścigach, czy też gangsterach, to wszystko pasuje. Do pokazania bohatera, określenia jakiegoś klimatu sytuacji itd. Mimo wszystko uważam, że w przypadku muzyki klasycznej od sceny pogrzebu, gdzie są czarne parasolki i pada deszcz, po Toma i Jerry’ego, cały czas ten jeden utwór może pasować. To jest uniwersalność gatunku, który posiada tylko muzyka klasyczna.

 

Nawet w przypadku remiksów, które często kojarzą się raczej z bardziej zwariowanym tworem. Z nowości, choćby w filmie „Obiecująca młoda dziewczyna”, można usłyszeć utwór „Toxic” zagrany na skrzypcach. Na pewno widziałeś.

No właśnie fajnie, że to zauważyłeś, bo świetną robotę pod tym względem zrobił Pavarotti swego czasu. Przede wszystkim przerabiając wszystkie hity popkulturowe na muzykę, powiedzmy, że z wyższych sfer, ale wciąż przybliżając ją zwykłemu użytkownikowi, słuchaczowi. Pokazał, że tej opery nie trzeba się bać, że to wszystko nie jest niezrozumiałe. Tak samo Andre Rieu, miał świetny koncert, podczas którego wjeżdża na scenę wóz Knight Ridera, a do tego śpiewa David Hasselhoff. Muzyka klasyczna wszystko przyjmie i wszystko odda. To mi się w niej najbardziej podoba.

 

Klasyka to jedno, ale chyba generalnie jesteś fanem starszej muzy – Queen, Roxette, Bee Gees…

To prawda. Nie tylko rock i soft rock, ale głównie tego słucham. Myślę, że czasowo tak od lat 50., 60. wzwyż do wczesnych lat 90. Mam problem z jazzem. Dopiero teraz zaczynam go poznawać i słuchać. Podobno do tego gatunku się dorasta i faktycznie może coś w tym być, ponieważ jeszcze 10 lat temu kompletnie go nie rozumiałem. Obecnie powoli go poznaję i zaczynam wchodzić w ten świat głębiej.

 

Nie tylko starsza muzyka ale i nośniki. Skąd w takim razie zajawka na winyle?

Odpowiedź jest bardzo prosta. W wyniku współpracy barterowej dostałem gramofon. Stwierdziłem, że skoro już gramofon mam i jakościowo jest naprawdę niezły, to zainteresuję się tematem. U mojego taty znalazł się też nieużywany wzmacniacz japońskiej firmy Onkyo, który mimo wieku też okazał się jakościowo na fajnym poziomie. Po drodze znalazły się też głośniki. Wszystko podpiąłem i jakościowo było to może nie na mistrzowskim, ale bardzo przyzwoitym poziomie. Jak już udało się skompletować sprzęt, sięgnąłem po płyty rodziców i zacząłem słuchać. Później doszedłem do wniosku, że przecież te winyle pojawiają się nawet w Biedronkach i Empikach. Wiem, że płyty te nie są najlepsze i faktycznie jak zacząłem kupować w antykwariatach i konkretniejszych sklepach, to brzmiało to już znacznie lepiej. Muszę też wspomnieć, że bardzo dużo osób mnie pyta, dlaczego? Co jest w tym takiego fajnego i czy nie jest to troszeczkę na pokaz itd. Dla mnie sam moment wybierania płyty, nakładania jej, już jest przyjemny. Wiesz, to jest trochę jak z rozpalaniem shishy. Ja po prostu lubię ten proces. Trzeba się na tym skupić, to jest uspokajające, potrzebna jest koncentracja, nie można się spieszyć. No i sam fakt że widać nośnik. Akurat mój gramofon jest przykryty taką zamykaną szybką i podoba mi się, jak widać płytę, która się kręci. Sam dźwięk z gramofonu wydaje mi się bardziej miękki, słychać charakterystyczne trzaski i nierówności płyty, po prostu dźwięk jest trochę inny. To też jest fajny efekt, jak przychodzą znajomi, odpalisz jakąś chilloutową płytkę i od razu jest klimat, zupełnie inny niż za sprawą Spotify. Oczywiście z tego też korzystam. To nie jest tak, że nie słucham muzyki w inny sposób. Spotify, urządzenia przenośne, YouTube – wykorzystuję całe spektrum możliwości audio.

 

 

Preferujesz instrumental czy elektronikę?

Instrumental i to zdecydowanie, bo uważam, że jest naturalny dla ucha. Elektronika jest bardziej wytworem. Jest ten instrument w dłoni i mogę sobie mniej więcej zwizualizować, na czym to jest grane. Nie jestem, mimo wszystko, jakimś hejterem elektroniki, bo jestem również gorącym wyznawcą i wiernym fanem Rammstein, gdzie wykorzystuje się elektronikę i miesza ją z instrumentalem. Bardzo lubię również wszelkiego rodzaju przeróbki muzyki klasycznej, które często są wykorzystywane choćby w reklamach samochodów. Także wiesz, to nie musi być winyl, tylko Beethoven, jakaś tam symfonia i przez taką czy inną orkiestrę grana w takim i w takim roku, bo inaczej to tego nie posłucham. Bez przesady. Bardziej istotne wydaje mi się, czego słucham, a jak i na czym, to już drugorzędna sprawa.

 

Co myślisz o synthwave? Na pewno otarłeś się o Kavinsky’ego.

Tę muzykę jeśli znam, to głównie z filmów lub innych produkcji typu gry. Nie szukam sam, bo nie za bardzo wiem, czego szukać. Niestety większość utworów, na które trafiałem lub trafiam na playlistach Spotify, jest robionych trochę na jedno kopyto. Wszystko jest w klimacie neonowego miasta i jadącego samochodu z zachodzącym słońcem w tle. To, co było w „Blade Runnerze”, bardzo mi się podobało, ponieważ było mroczniejsze, melancholijne, bardziej inspirujące i trochę też odczłowieczone. Przypominało mi twórczość Philipa K. Dicka. Wiesz, trochę nieludzka była ta muzyka. Jakby była wytworzona nie tylko przez komputery, ale i dla komputerów. Coś w tym stylu. Inaczej wszystko brzmiało, co uważam za przejaw pewnego geniuszu tego twórcy, bo po prostu inaczej się czułem, słuchając takiej muzyki. Oczywiście z pierwszego „Blade Runnera” ścieżka dźwiękowa jest równie świetna. Generalnie sam z siebie tej muzyki nie szukam, ale na pewno nie jestem anty.

 

Jak z cięższym brzmieniem?

Rock czy metal to tam trochę posłucham, ale wszystko co jest wyżej, już nie. Jedyne, co mi się ostało, to Rammstein. Nie jestem w stanie już słuchać takiej muzyki, szczególnie takiej, gdzie nie jestem w stanie zrozumieć, jak ktoś śpiewa. Growl i tego typu rzeczy. Nie trafia to po prostu do mnie. Nie potrafię się przy tym bawić, nie jestem w stanie przy takiej muzyce wyluzować, czy nawet jakoś specjalnie nakręcić. Wolę jakiś kawałek pop do nakręcenia się czy też jazdy na rowerze. Takie walenie w talerze, darcie mordy i ciągły dźwięk gitary to już po prostu nie. Nawet ze starym Black Sabbath mam problem, żeby tego posłuchać. Mam jedną płytę, ale średnią przyjemność sprawia mi słuchanie tego. Może to jest znak czasów. Już nie potrzebuję czerpać takich emocji z muzyki, jakie oferują cięższe brzmienia. Chociaż widzisz, takie AC/DC czy Iron Maiden to spoko.

 

Metal wyparowuje?

Chyba trochę tak. Jest go coraz mniej.

 

To ciekawe, bo kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej. Muzycy chętniej kombinowali z cięższym brzmieniem. Kiedyś Meat Loaf nagrał utwór „Monster is Loose”, który jest właściwie metalowy, a przecież gość raczej nie jest kojarzony z tym brzmieniem wśród szerszej publiczności.

Dokładnie! Bardzo lubię Meat Loafa, swoją drogą. W ogóle bardzo lubię rockowe opery, gdzie jest jakaś opowieść fajnie zaśpiewana i przedstawiona. Storytelling w muzyce jest super.

 

 

Ok, to skoro jesteśmy w temacie storytellingu, powiedz mi, co masz do polskiego rapu? Dlaczego tak go nie lubisz?

W większości wszystko się kręci wokół tego samego tematu.

 

Kiedyś użyłeś takiego stwierdzenia: „Jeszcze tam rapujące murzynki bambo z łańcuchami na szyi ze Stanów, którzy srają milionami i się podcierają dolarami, to spoko. Jeszcze jestem w stanie czegoś posłuchać”. Czyli w Stanach to pasuje, a w Polsce nie?

Widzisz, oni śpiewają o bogactwie, o tyłkach swoich dziewczyn, o władzy, o pieniądzach. A u nas to jest wszystko przesiąknięte patolą. Jest tylko blokowisko, tylko narkotyki albo walka z policją, walka z systemem. Tam jest na wpół anarchizm, na wpół patola. Ci ludzie słuchając muzyki sami, mam wrażenie, pogłębiają się w tym, że nie chcą być szczęśliwi i wszyscy są przeciwko nim. Ja rozumiem, że nie jest niektórym łatwo, mieli gorszy start. Ja niestety wyznaję takie stwierdzenie (może nie w 100%, ale jednak), że bieda to jest stan umysłu i słuchanie tego rapu, który tylko cię pogrąża… No nie. Wszystko jest szare, musisz mieć swoich ziomków. No nie, to jest pogłębianie zastanego stanu rzeczy po prostu i wokół tego kręci się polski rap. Zresztą teraz to on się w ogóle zmienił. Zmienił się w bananowy rap, który też jest robiony na jedno kopyto i poszło to jeszcze w stronę YouTube. Polski rap zwyczajnie nie opowiada o tym, co mnie spotkało w dzieciństwie. Niektórzy twierdzą, że powinienem się z tego cieszyć. No to ja się cieszę generalnie! Wiesz, do mnie to po prostu nie trafia, bo ja nie wiem, o czym oni śpiewają. Mnie nikt na osiedlu nigdy nie bił, nie miałem kontaktu z narkotykami, nie miałem patologii w domu. No przykro mi. Dlatego ja tego polskiego rapu po części nie rozumiem. Aczkolwiek kojarzę Paktofonikę itp. Były utwory czy wykonawcy, którzy mieli fajne przemyślane teksty i opowiadali o czymś innym. Tak samo jak nasz naczelny wieszcz, który teraz przycichł… Wiesz, ten z wąsem, co zaczynał w warszawskich klubach grać. Przypomnij mi…

 

Taco Hemingway.

No oczywiście, że Taco Hemingway! No to jest ta nowa warszawska fala. Ta taka bohema pseudoartystyczna. Od tego gniję straszliwie.

 

Czyli nie lubisz Taco Hemingway’a?

No nie. Uważam, że ta twórczość to zwykła naiwność i banały sprzedawane, opakowane w inny sposób. Gniję straszliwie od słuchania tego. Bardzo ta muzyka do mnie nie trafia. Nie, nie, nie!

 

W muzyce Taco nie ma raczej tych typowych klimatów patologii.

Owszem, ale w tym wypadku uważam, że jest to pójście trochę na taką łatwiznę opisywania świata. Dla mnie to taki muzyczny Kapitan Obvious, Gonciarz polskiego rapu. Powiem ci szczerze, że niestety, ale jego twórczość kojarzy mi się z moim “Piątkiem”. Obserwuje rzeczywistość i w pseudointeligenty sposób przedstawia ją odbiorcy. Tylko ja to pokazuję w filmikach narracją, a on o tym śpiewa.

 

Czy generalnie wolisz utwory zagraniczne?

Raczej tak, choć nie odwracam się absolutnie od muzyki polskiej. Wolę jednak polską muzykę w starszym wydaniu. Obecnie nie jestem w stanie jej słuchać, choć wiem i słyszałem, że przykładowo na Męskim Graniu jest fajna muzyka i da się tego słuchać, to powiem ci szczerze, że już mi się trochę nie chce. Nie chce mi się szukać. Jest tylu twórców w klimatach, które lubię, że wolę tam cały czas odkrywać i kopać. W okolicach Roy’a Orbisona, w tych latach i w tego typu muzyce. Nie chce mi się teraz zaglądać na polskie poletko.

 

Jak poznajesz nowe utwory lub wykonawców?

Raczej jest to przypadek, choć nie ukrywam, że w ostatnim czasie zacząłem maniakalnie korzystać z funkcji Spotify „zaproponuj podobne”, bo faktycznie ten algorytm proponuje utwory, które w 80% mi się podobają i poznaję dzięki temu coś nowego, jakichś nowych wykonawców. Jestem też bardzo wyczulony na ścieżki dźwiękowe w filmach czy serialach. Dużo z „Family Guy’a” poznałem fajnej muzyki. Twórcy zawsze wykopują jakieś stare perełki, zapomniane utwory i jest ten motyw muzyczny osadzony, że ktoś słucha jakiegoś utworu… Od razu sobie to googlowałem, sprawdzałem, co to jest za utwór, kto to robił itd. Właściwie to tyle. Trochę mam tak jak z książkami. Jak obije mi się gdzieś o uszy jakieś nazwisko i zobaczę płytę, to jestem skłonny kupić. Raczej nie kupuję w ciemno muzyki. Muszę już coś wiedzieć, usłyszeć albo natknąć się na jakiegoś wykonawcę w liście polecanych albumów czy utworów.

 

Masz swoich ulubionych wykonawców, do których możesz wracać i wiesz, że nigdy ci się nie znudzą?

Na pewno Roy Orbison, Bryan Adams, Roxette. Choć wiem, że wiele osób mnie zje za to, bo to prosty pop.

 

Dlaczego? Tam się przecież wszystko zgadza.

Dokładnie! Queen z kolei mi się już trochę przejadło. Dostałem winyla od taty na święta i lubię sobie ich odpalić, jednak już tak maniakalnie ich nie słucham. Jak poleci gdzieś w radiu w taksówce, to noga naturalnie będzie chodziła, sam z siebie, mimo wszystko, raczej rzadziej słucham. Zacząłem wchodzić w muzykę filmową, jak i muzykę z gier. Kiedyś tego unikałem, ale zwróciłem uwagę na to, że tam też jest dużo różnych fajnych brzmień.

 

Jaki soundtrack z gry najbardziej wpadła ci w ucho?

Mam dwie ulubione ścieżki dźwiękowe. Jedna pochodzi z pierwszej części „Pillars of Eternity”, a druga z również pierwszej części „Ori And The Blind Forest”. Te tytuły, a szczególnie „Ori”, jest trochę w stylu new age i japońskiego wykonawcy Kitaro, który tworzy muzykę inspirowaną m.in. dźwiękami natury. „Pillars” mają za to klasyczną fajną muzę fantasy, która sprawdza się super na sesjach RPG i do luźnego słuchania. Także polecam.

 

Czy jest jakiś wykonawca, którego bardzo lubisz, ale nie przyznajesz się do tego wśród znajomych?

Kiedyś może Modern Talking, ale potem właściwie sam bekę z tego cisnąłem i nagrywałem filmiki.

 

Pierwsze covery i karaoke.

Tak, tak. Ale czy jest coś, do czego bym się nie przyznawał, że słucham… może „Salt” Avy Max. A tak to wiesz, wszystko to, co na Tik Toku trenduje! Generalnie mnie to żenuje, ale coś tam czasem w ucho wpadnie, choć żebym tak tego słuchał nagminnie to rzadko… No nie wiem, staram się raczej nie mówić, co mnie żenuje! Unikam tych tematów, ale jak mam już wybrać, to na pewno będzie to Zenek.

 

Czyli jednak król Zenek Martyniuk.

Zenek jest tak memiczny, że nie da się jego nie słuchać i nie lubić. Można gardzić, ale nie można nie lubić! Zenek jest w porządku. Nie gwiazdorzy, nie jest napuszony, robi swoje. Wyrósł na króla. A jak wiemy, wśród ślepców jednooki jest królem. Fajnie, że znalazł swoją publikę.

 

Kiedyś wspominałeś, że bardzo chciałeś nauczyć się grać na saksofonie.

Tak, saksofon to jest jeden z tych instrumentów, który bardzo chciałem kiedyś ogarnąć. Chciałbym też bardzo nauczyć się gry na klawiszach, na pianinie w szczególności. Niekoniecznie w jakimś stopniu zaawansowanym, tylko chciałbym po prostu móc zagrać dla siebie „Dla Elizy” czy jakikolwiek inny utwór z pamięci, i tyle. Niestety wciąż nie mam przekonania, żeby się za to wziąć. Chociaż myślałem, żeby kupić sobie jakiegoś keyboarda i pouczyć się z internetu. Może wziąłbym parę lekcji. Niektórzy twierdzą, że to już za późno, ale ja przecież nie muszę grać przed publicznością. Sam dla siebie poklikać w klawisze. Czemu nie? Myślę, że to jeszcze przede mną. Kiedyś trochę tata i brat próbowali zarazić mnie gitarą, ponieważ sami grają. Brat nawet gra w zespole. Nie mogłem się jednak przekonać do gitary. Palce mnie bolały i jak lamus wymiękłem. Także nauka gry na instrumentach mnie niestety ominęła i żałuję, bo nigdy nie byłem kolesiem, który wyciągał gitarę przy ognisku i miał +10 do fejmu. Ja grałem tylko na nerwach! Haha! Boomer style!

 

 

Przez ostatnie dwa lata więcej polskich youtuberów zaczęło tworzyć muzykę. Jak oceniasz to zjawisko?

Jak ktoś ma ochotę i chęć tworzenia i to robi, to jest zawsze dobrze. Pytanie brzmi, czy tego potrzebujemy na rynku, czy tego jest za dużo i jak to jest zrobione. Nie jestem dziennikarzem muzycznym, nie jestem krytykiem muzycznym, ale czasem robię sobie takie rajdy, w których przesłuchuję sobie kartę na czasie polskiego YT i słucham tych rapsów. 99% z nich brzmi dokładnie tak samo, jest śpiewane w ten sam sposób, teksty dotyczą niemalże tego samego. Wszędzie są wynajmowane bryki, ciuchy, mieszkania. Wszyscy wyglądają podobnie. Strasznie miałkie mi się to wydaje. Wszyscy słuchają tego samego, jarają się tymi samymi twórcami, wykonawcami i tekstami. Dla mnie to jest po prostu nudne. Nie wiem, może jest jakaś nisza twórców, która robi naprawdę muzykę wow, ale ja tego na karcie na czasie nie widzę. Wszędzie tańczą wynajęte modeleczki, a kolesie wyglądają, jakby dopiero co zerwali się z matmy i podjechali wynajętą bryką. Szczególnie irytuje mnie mega świecenie i popisywanie się zamożnością, chwalenie się pieniędzmi, dobrami materialnymi. Naprawdę nie chcę teraz brzmieć jak totalny boomer, ale te piosenki często nie dotyczą niczego innego niż posiadania hajsu czy fajnej imprezy. Niby śpiewają o rzeczach ważnych dla młodzieży, ale nie wierzę, że cała dzisiejsza młodzież myśli tylko i wyłącznie o tym. Ciężko się tego słucha, bo to jest wszystko zrobione identycznie. Jakby był jeden syntezator, ta sama biblioteka sampli użyta. Poza tym jest cała fala i generacja twórców, którzy de facto nie potrafią nic. Zazwyczaj nie grają na niczym, nie potrafią ogarnąć żadnego instrumentu. Nawet nie śpiewają do końca, tylko recytują, a ich głosy są po prostu podciągnięte autotunem, ledwie się nawet rymują. Także wychodzi na to, że dziś raperem może być każdy, a chyba nie o to chodzi w przestrzeni jakiejś sztuki, żeby każdy. Każdy to sobie może wziąć farbki i malować w zeszycie kwiatki, ale jak już coś jest tworzone dla publiki, to niech to ma jakiś poziom albo niech chociaż wymagania jakieś będą. Tutaj jest chyba źródło problemu, bo te wymagania są obecnie żadne. Więcej się stawia na to, żeby to jakościowo wyglądało, było zrobione w 4K, drony, fajne chawiry wynajęte, niż na to, czy twórca potrafi wziąć gitarę do ręki lub chociaż zaśpiewać unplugged. Myślę, że 99% twórców by się na tym, za przeproszeniem, wyjebało na dzień dobry.

 

Kiedy słyszysz, że youtuber nagrał kawałek, to od razu zakładasz, że będzie to rap?

No tak! To jest najłatwiej robić, niestety. Brakuje takich twórców, którzy wezmą gitarę akustyczną do ręki, napiszą swój tekst, zagrają swoją muzykę, no i sami zaśpiewają. Takich twórców jest naprawdę mało. Ja wiem, że oni są, bo można na nich trafić, ale tego jest po prostu mało.

 

Zatem youtuberzy psują rynek muzyczny?

Youtuberzy psują każdy rynek! Youtuberzy psują wszystko, czego się dotkną! Nie tylko rynek muzyczny. Oczywiście w tych odmętach syfu, który jest tworzony, zawsze znajdą się jednostki, które dzięki YouTube mogą mieć prawdziwą i wartościową karierę. Choćby Justin Bieber jest tego przykładem i wielu innych wykonawców. Dzięki temu medium zabłysnęli i stali się wielkimi twórcami. Tylko wiesz, to nie jest problem tylko muzyki. Każdy na YouTube myśli, że sobie poradzi i każdy myśli, że będzie miał widownię. Przykładowo, jak robisz 10 lat kanał i masz 150 subów, to chyba coś jest nie tak i to nie jest miejsce dla Ciebie. Myślę, że każdy powinien zweryfikować, czy YouTube to medium dla niego. Szczególnie, że teraz otwierają się nowe pola do popisu, jak podcasty chociażby. Można zupełnie inne rzeczy robić. Nie trzeba tylko na YouTube siedzieć.

 

Podcasty stają się w Polsce nową modą. Czy przez to, że zaczynają się tym zajmować ludzie, którzy nie do końca mają o tym pojęcie, formuła podcastu staję coraz bardziej spłycona?

No tak, często jest to dialog dwóch znajomych, a nie tematyczna rozmowa. Wiesz, fajne są wywiady, jeśli ktoś merytorycznie prowadzi dyskusję, dwie, trzy osoby. Też się fajnie tego słucha. Niestety często te rozmowy są mimo wszystko o niczym. Są puste, bez wartości, żeby tylko był materiał. Zobaczcie! Robię podcast! Jestem podcasterem! Myślę, że czeka nas to samo, co spotkało YouTube, czyli spolaryzowanie się rynku. Profesjonalizacja z jednej strony, głównie w oparciu o podcasty, a z drugiej jeszcze większy wykwit bardzo nijakich treści. Jestem przekonany, że odpali się to w momencie, kiedy w pełni wejdzie monetyzacja podcastów. Jak ludzie zobaczą, że w tej sferze można jeszcze fajne pieniądze zarobić, to dużo osób się przeniesie na to pole, zacznie robić podcasty profesjonalne i na nich zarabiać. Za nimi z kolei przyjdzie cała masa twórców, którzy będą myśleli, że można uszczypnąć parę groszy i będą robić totalny syf. To samo było z YouTube. YouTube jest teraz robiony super, nastawiony na zarabianie, robią to ludzie, którzy się na tym znają, zaś z boku jest ta cała reszta syfu. A ci, którzy nie pasują tu i tu, to robią tik toki generalnie.

Co w takim razie, jako youtuber, zepsułeś?

Mógłbym tu „Ponki” wymienić. Płytkość humoru i przyzwyczajenie dzieciaków do takiego poziomu, mogły popsuć parę umysłów. Nie były to jakieś wyżyny humoru. Można to było inaczej i bardziej inteligentnie zrobić. Z drugiej strony, chyba trochę tak miało być. Czy coś popsułem? Wiesz, na pewno popsułem „Piątkiem” to, że praktycznie nie da się stworzyć podobnego formatu, bo wszyscy go porównują do mnie i tego, co sam tworzę. Widziałem wiele produkcji, w których twórcy pisali mi, że inspirowali się “Piątkiem”, że robią podobne filmy. Problem jest taki, że nieważne, jakby się starali, to co trzeci, co drugi, komentarz dotyczy tego, że jest to zerżnięte z „Piątku” albo, że „Piątek” lepszy i takie tam. A szkoda, bo ja nie mam licencji na ten format. Sam przecież inspirowałem się Dniem Świra. Tutaj trochę niechcący okupuję tę niszę. Mam też wrażenie, że blokuję przez to innych twórców, którzy mogliby podobne rzeczy porobić, a są niszczeni w komentarzach.

 

„Piątek” określiłbyś jako osobisty sukces czy przekleństwo?

Zdecydowanie sukces! Przekleństwa można się doszukiwać w tym, że jestem kojarzony tylko z tym formatem. Chociaż to też nie do końca prawda, bo każde pokolenie kojarzy mnie z czymś innym. Dla niektórych „Piątek” nie istnieje, są tylko „Ponki”. Dla innych są tylko „Czarne Owce”. Mimo wszystko na pewno jest to sukces. Wiesz, ja z tego żyję, zarabiam, jestem rozpoznawalny, „Piątek” dał mi drugie życie raz jeszcze. Fajnie się to robi, spełniam się w tworzeniu… Nie mogę tego nazwać przekleństwem czy czymś, co by mi zaszkodziło. Gdyby tak było, dawno przestałbym to robić, a tak na dobrą sprawę to wciąż się rozwijamy. Jestem bardzo zadowolony z tego formatu. Cały czas myślę nad rozwojem, chciałbym więcej osób zapraszać, zrobić jakiś spin-off tej serii, po prostu działać. Nie chcę rezygnować z „Piątku”. Chcę ruszyć z nim jeszcze dalej.

 

Grzesiu, bardzo dziękuję za rozmowę!

Dzięki!

 

GRZEGORZ BARAŃSKI
(ur. 24.05.1987 w Warszawie)

Scenarzysta, prezenter, autor wielu projektów internetowych, w tym serialu „Piątek”.

Zawód wyuczony / wykształcenie

Studiował w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia w Warszawie.

Ulubione zespoły i wykonawcy

Roy Orbison, Frank Sinatra, Yiruma, Roxette i Michael Jackson.

Ulubione filmy

Okruchy Dnia, Pulp Fiction, Dzień Świra, Czy leci z nami pilot

Hobby (poza muzyką)

Zabawa z synem, lego, puzzle i gotowanie.

Zobacz inne
Scroll Przewiń w dół

COOKIES - na naszej stronie używamy technologii takich jak pliki cookie służące do przetwarzania danych osobowych w celu analizowania ruchu, spersonalizowania wyświetlanych reklam oraz treści. Ponieważ cenimy Twoją prywatność, prosimy Cię o pozwolenie na korzystanie z powyższych technologii. W każdej chwili możesz dobrowolnie wycofać swoją zgodę wchodząc w ustawienia przeglądarki lub opuszczając stronę.

Rozumiem