06 marca 2026
06 marca 2026

Kulisy wejścia do Perfectu – wywiad z Łukaszem Drapałą.

„Nie jestem odtwórcą, mogę odtwarzać materiał częściowo, ale przede wszystkim jestem twórcą. Tworzenie z Perfectem to było moje wielkie marzenie, które miało szansę się spełnić.” – dla Video Brothers Music z Łukaszem Drapałą rozmawia Maciej Uba.

Moja pierwsza styczność z twoim głosem i twórczością to rok 2014 i Sonisphere Festival, gdzie razem z Chemią grałeś przed takimi tuzami jak Anthrax, Alice in Chains, czy Metallica. Jak wspominasz ten koncert oraz inne supporty grane u boku takich gigantów rocka? Czy jakieś momenty zapadły ci szczególnie w pamięci?

Z Sonisphere pamiętam przede wszystkim ogromny pogłos tego stadionu. Granie tam było bardzo trudne, mimo odsłuchów dousznych. Po latach myślałem, że to był brak doświadczenia, ale niedawno z Perfectem zagraliśmy na Stadionie Narodowym dwa utwory i nic się nie zmieniło.

Mimo to, granie przed wielkimi gwiazdami było ogromną przyjemnością. Może nie przed Guns N’ Roses w 2012 roku, którzy wyszli na scenę po 2 godzinach opóźnienia, a przy okazji wyrzucili nas i pozostałe zespoły z garderoby, bo tak zażyczył sobie zespół.

Poznaliśmy chłopaków z Metalliki, byliśmy u nich w garderobie. Przede wszystkim chciałem poznać chłopaków z Alice in Chains, co mi się udało. Z Jerrym Cantrellem za to miałem okazję spotkać się w dość nietypowych okolicznościach – w toalecie (śmiech).

 

YouTube Video

 

Ale spotkanie odhaczone, prawda?

Tak, na pewno go nie zapomnę (śmiech). Poznanie z Flea z Red Hot Chili Peppers również dobrze pamiętam. Raz w życiu chciałem zrobić zdjęcie z kimś, kogo uwielbiam ze sceny i Flea zgodził się, po czym jak wyciągnąłem telefon odmówił, przypominając sobie, że gramy na tej samej scenie. Uznał, że nie jest to potrzebne i że lepiej po prostu porozmawiać. Z jednej strony trochę żałowałem, ale z drugiej – ten kwadrans rozmowy zostanie w mojej pamięci na całe życie. Po chwili doszedł do nas Johnny Rotten z Sex Pistols i mieliśmy fantastyczną wymianę myśli. Głębsze doświadczenia towarzyszyły nagraniom numerów Chemii z Mikem Fraserem, producentem płyt m.in. AC/DC.

Tych wspomnień jest naprawdę wiele – ostatnio współpracowałem z Andym Taylorem z Duran Duran, który pisał teksty na ostatni album Chemii podchodząc z wielkim szacunkiem do naszych kompozycji i moich melodii. To jest jedna z moich najlepszych płyt, które współtworzyłem.

 

Niesamowite ile znanych nazwisk przywołałeś! Pamiętasz swoje pierwsze zetknięcie z kimś znanym, które sprawiło, że pomyślałeś: „Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę”?

Na rynku polskim było wiele takich momentów. Każde spotkanie, szczególnie na początku kariery, jest wielkim wydarzeniem. Nie tak dawno byłem na pofestiwalowym śniadaniu z Grażyną Łobaszewską. Zawsze byłem fanem jej głosu oraz techniki, a teraz zachwyciłem się jej osobowością i poznałem ją jako ciepłą, dowcipną osobę.

Pracowałem ostatnio (festiwal SMAK w Myśliborzu) z Krzysztofem Antkowiakiem, którego wszyscy pamiętają z „Zakazanego Owocu”. Fantastyczny facet. Każde takie spotkanie jest dla mnie wyjątkowe, zwłaszcza jeśli można podzielić się czymś życiowym. To wtedy nie jest tylko wspólne zaśpiewanie czegoś na scenie, ale także spędzenie razem czasu.

Wciąż mam w pamięci spotkanie ze Staszkiem Sojką w garderobie. Byłem tak podekscytowany, że rozmawiałem bez przerwy. Mam nadzieję, że go nie zagadałem, bo trajkotałem jak katarynka (śmiech).

 

Są takie spotkania, które ważą po prostu więcej?

Jednym z pierwszych, nieprawdopodobnych dla mnie spotkań natomiast było dzielenie sceny z Grzegorzem Markowskim. W 2011 lub 2012 roku graliśmy z Chemią na tej samej imprezie co Perfect. Spotkałem Grześka, podaliśmy sobie rękę. Dzisiaj śpiewam w Perfect z jego błogosławieństwem. Jeszcze nie mieliśmy okazji się spotkać po reaktywacji, ale wiem, że to się wydarzy, najpewniej kompletnie przypadkowo. Nieustannie pozdrawiamy siebie wzajemnie i przesyłamy ciepłe słowa przez wspólnych kumpli.

Na swojej drodze spotkałem wielu moich idoli, jak Litza z Luxtorpedy podczas naszej wspólnej trasy czy Kasia Nosowska podczas koncertu w Stargardzie. Wanda Kwietniewska to kolejna osoba, z którą się zaprzyjaźniłem i tutaj mam śmieszną anegdotę. Po latach znajomości zaśpiewaliśmy razem jej utwór „Hi-Fi Superstar” podczas jednego z programów telewizyjnych, ale nagle dopadł mnie kompletny blackout i… zapomniałem tekstu. Pierwszy raz w życiu, pomimo wielu prób do występu! Teraz wspominam to ze śmiechem, mam nadzieję, że ona też.

Jest wielu muzyków, którzy mi imponują, z którymi co jakiś czas się widujemy, dzielimy garderoby i spędzamy wspaniały czas, ale to byłby za długi wywiad i trudno byłoby go przeczytać w całości. Szczególnie, gdybym dodał dowcipy, którymi się wymieniamy z Kubą Badachem przed wejściem na scenę. Wszystkich ich wielbię tak samo, bo każdy z nich posiada taką muzyczną i ludzką cechę, której zdrowo i szczerze zazdroszczę. Niektórzy niejedną!

 

YouTube Video

 

Przechodząc do kolejnego tematu, twoje dokonania to nie tylko lata spędzone z zespołami Chemia i Chevy, ale również solowa działalność. W 2022 roku postanowiłeś wziąć udział w The Voice of Poland i zająłeś drugie miejsce. Jak wspominasz tę telewizyjną przygodę? Co było dla ciebie największym wyzwaniem podczas występów na scenie, a co największą przyjemnością i zaskoczeniem?

Wiesz, często ludzie mnie pytają, dlaczego zdecydowałem się na udział w takim programie. Nawet bliscy, fani czy muzycy zastanawiają się i mnie pytają “Po cholerę tam poszedłeś?”. Niektórzy widzą udział w talent show jako rodzaj „oszustwa”, łatwą drogę do rozpoznawalności i rezonuje to jako hejt w stosunku do mnie. Dla mnie to była szansa na dotarcie do szerszej publiczności, zwłaszcza po pandemii, która mocno wpłynęła na rynek muzyczny. Kiedyś, gdy powstało radio niektórzy – również artyści – gardzili tym wynalazkiem w podobny sposób i z podobną argumentacją. Ja też kiedyś stroniłem od takich akcji, dopóki nie zrozumiałem paru rzeczy.

 

Niektórzy twierdzą, że takie programy powinny odkrywać młode talenty, a ty przecież miałeś już spore doświadczenie.

Jakaś tam rozpoznawalność w branży to jedno, ale kluczowa jest szersza publiczność. To ona napędza muzykę i daje artystom możliwość utrzymania się z tego, co kochają. Pandemia zresetowała wiele rzeczy i musiałem zacząć niejako od nowa. Wcześniej z Chemią powoli zdobywaliśmy uznanie, ale graliśmy po angielsku, więc nie koncentrowaliśmy swojej bazy słuchaczy tylko w kraju – była ona rozdrobniona i stosunkowo cały czas za wąska. W Polsce nie byliśmy aż tak dobrze znani, nie robiliśmy tu szumu wokół siebie, co w moim odczuciu było błędem. Budowanie kariery szło nam świetnie, ale bardzo, bardzo powoli. Prawda, bawiliśmy się przy tym kapitalnie, rozwijaliśmy się jako zespół, byliśmy świetnie zgrani, technicznie bardzo dobrze wszystko nam wychodziło.

Niestety, przyszła pandemia, która skasowała dużą część branży. W tamtym momencie musiałem przestać myśleć o swoich marzeniach, o sobie, tylko zająć się rodziną. To była dla mnie ważna zmiana myślenia – priorytetem stał się dom, a ja musiałem przesunąć wajchę odpowiedzialności z muzyka na męża i ojca. Próbowałem wrócić za biurko, ale mimo wielu sukcesów męczyłem się okrutnie. Postanowiłem połączyć miłość do muzyki z potrzebą stabilizacji finansowej i zapewnienia dobrobytu mojej rodzinie.

 

YouTube Video

 

Czyli wtedy to był już ruch, a nie marzenie?

Udział w The Voice of Poland był dla mnie nie tylko ambicją artystyczną, ale i szansą na pokazanie się szerszej publiczności. Chciałem, by ludzie usłyszeli mój głos i zobaczyli, co potrafię. Zgłaszając się na casting naprawdę nie wiedziałem, jak to się potoczy. Wymyśliłem żonie, że pójdę i zajmę drugie miejsce. Serio, tak jej powiedziałem, a ona się spytała, czemu nie pierwsze. Śmiałem się, bo wiedziałem, że mogę odpaść po pierwszej rundzie, po pierwszych przesłuchaniach. Pokornie zdawałem sobie z tego sprawę, a finalnie zająłem drugie miejsce. Szedłem tam jednak, żeby dać ludziom znać, że jestem, że tak śpiewam, pokazać im moją duszę.

Ze zdziwieniem obserwuję czasem komentarze artystów, którzy potrafią „wypomnieć” mi udział w takim programie, czy w ogóle jakieś formy autopromocji. Nie dość, że stosują archaiczną argumentację, to nie rozumieją kontekstu, który powinni znać jak nikt inny.
Artysta jest artystą, ale chleb musi jeść. Najlepiej z masłem, jak mawia Irena Santor. A jeżeli masz żonę, dzieci, kredyt to twoim obowiązkiem jest im zapewnić bezpieczeństwo. To naprawdę jest tak proste. Po to promujemy się jako artyści – żeby móc robić swoje i do tego jak inni ludzie móc żyć godnie. Muzyka to moja „praca” i mam to błogosławieństwo od losu, że mogę łączyć to, co kocham, z tym, że mogę przynieść do domu jakiś pieniądz. Dlatego też nie przejmuję się hejtem, bo zwyczajnie jest prymitywny, a poza tym hejter zawsze mówi o sobie i swoich deficytach. Skupiam się na tym, co kocham i robię to z całego serca. To dla mnie najważniejsze.

Po programie otworzyły się przede mną nowe możliwości, dużo więcej koncertów. Zacząłem eksperymentować z różnymi stylami muzycznymi, co zawsze było moim marzeniem. Najmocniej kocham rocka i bluesa, cieszę się, że mogę próbować sił w innych gatunkach. Raz śpiewam do gitarowego brzmienia, by następnego dnia mieć koncert z big bandem. Chcę dalej się rozwijać i nie zamierzam się ograniczać do jednego stylu. To, co robię, jest dla mnie autentyczne i z serca. Fanów rocka uspokoję przy tej okazji – moje solowe działania i te z Perfectem będą miały w sobie dużo rocka!

 

Na prima aprilis gruchnęło ogłoszenie, że dołączyłeś do legendarnego zespołu, jakim jest Perfect, a dokładniej – do jego obecnej inkarnacji. Wbrew pozorom nie był to żart. Jak do tego doszło, że stanąłeś na scenie wraz z Darkiem Kozakiewiczem czy Jackiem Krzaklewskim. I czy to była w ogóle łatwa decyzja?

Historia jest dość prosta. Do mojej żony zadzwoniła menadżerka Perfectu, Agnieszka. Znaliśmy się wcześniej, ponieważ mało kto wie, że dwa lata wcześniej śpiewałem z Perfectem w reklamie, zastępując Grześka Markowskiego, który odchodził na wokalną emeryturę. To był jednorazowy romans, ale jakże znaczący (śmiech).

Kiedy moja żona zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy chciałbym zaśpiewać z Perfectem, byłem przekonany, że chodzi o jakiś jednorazowy koncert lub event. Powiedziałem, że oczywiście, możemy. Monia powiedziała jednak “Nie, Łukasz, chodzi o to, żebyś dołączył do Perfectu na stałe.” – to zabrzmiało śmiertelnie poważnie. Dla mnie czas stanął wtedy w miejscu. Po 11 sekundach, które trwały dla mnie o wiele dłużej, powiedziałem „tak”, ale w tym samym czasie zadałem sobie dwa pytania.

Pierwsze dotyczyło Grześka Markowskiego. Zastanawiałem się, czy zgadza się z tym ruchem. To było dla mnie najważniejsze, bo dla mnie Perfect to także jego głos i jego barwa, którą uwielbiam. Dowiedziałem się, że Grzesiek akceptuje ten pomysł i prosił tylko, żebym był sobą, żebym go nie naśladował. Na szczęście ani nie umiem naśladować Grześka, ani naśladowanie w muzyce kogokolwiek nie jest tym, co lubię.

 

Autentyczność była warunkiem wejścia?

Drugie pytanie było skierowane do zespołu: czy będziemy pisać nowe piosenki? Nie jestem odtwórcą, mogę odtwarzać materiał częściowo, ale przede wszystkim jestem twórcą. Tworzenie z Perfectem to było moje wielkie marzenie, które miało szansę się spełnić.

Już wcześniej miałem okazję grać bluesa z Darkiem Kozakiewiczem. Dowiedziałem się również, że na perkusji będzie Krzysiek „Paton” Patocki, który razem z Urbankiem, basistą Perfectu, tworzył sekcję zespołu Human. Do tego mój mistrz feelingu – Jacek Krzaklewski.
I ja miałem odmówić pogrania sobie w takim zestawie? Nawet nie wiedziałem o tym, czy ktokolwiek będzie chciał posłuchać koncertu z „jakimś Drapałą zamiast Markowskiego”.
Nie potrafiłem odmówić, bo pomysł mnie zwyczajnie muzycznie zajarał.

Po reaktywacji od razu zagraliśmy tyle koncertów, że nawet nie potrafię ich zliczyć. Nie spodziewaliśmy się również takiego odbioru na koncertach. Niech to trwa jak najdłużej!

 

Jak przed chwilą wspomniałeś, macie dość przekrojową setlistę na koncercie. Stąd moje pytanie o kilka z piosenek: który z granych przez was obecnie kawałków jest twoją ulubioną pozycją do wykonywania, który był dla ciebie największym wyzwaniem, a także, który numer Perfectu został przez publikę trochę pominięty, a ty go podziwiasz i chętnie byś go zaśpiewał?

Pierwszy numer to również trzeci, bo moim ulubionym jest właśnie ukryty klejnot, który nie pamiętam, żeby był eksponowany jako singiel i był zagrany dosłownie kilka razy. Ma piękny tekst, przepiękną melodię i klimat, który mocno koresponduje z moją wrażliwością muzyczną, szczególnie tą ocierającą się o grunge. To jest utwór „Miętowy Smak Dobrych Dni”. Teraz znajduje się na stałe w naszej setliście i go kocham.

Drugi utwór, o którym mogę powiedzieć, że jest ukrytą perłą to „Tylko Mnie Kołysz”. To takie bluesidło oparte na gitarze akustycznej i wokalu. Ma tekst Bogdana Loebla, muzykę Kozakiewicza. To typowy blues, którego kocham i który znalazł się na setliście Perfectu. Gramy go na każdym koncercie, ale ciekawostka jest taka, że nigdy go nie ćwiczymy z Darkiem. Efektem jest to, że za każdym razem gramy go trochę inaczej, czasem zaskakując się wzajemnie!

Utwór, który za to jest dla mnie największym wyzwaniem, to “Autobiografia”. Wiem, że każdy, kto przeczyta tę rozmowę, będzie się śmiał, ale to jest naprawdę trudna piosenka. Ma magiczne miejsca, gdzie może się wszystko pomieszać. Jest to utwór, który rezonuje ze mną, bo słyszałem go od dziecka. To jest po prostu hymn i jedna z wielu wyjątkowo dobrych kompozycji Hołdysa.

 

YouTube Video

 

To jest taki klasyk, że każdy go śpiewa przy ognisku.

W punkt, każdy go zna. Bardzo trudno go wykonać, bo to emocjonalna opowieść. Na początku miałem dziwne uczucie, jakbym był niegodny i czasem nadal to czuję.

 

Jakie są największe różnice w funkcjonowaniu w zespole takim, jak Chemia, gdzie byliście kumplami od lat i wszyscy byliście mniej więcej w podobnym wieku, a w funkcjonowaniu w zespole takim, jak Perfect, gdzie weterani spotykają się z młodszą krwią. Jakie różnice najbardziej odczuwasz w pracy z tymi zespołami?

Zawsze miałem lepsze porozumienie z osobami starszymi od siebie. Mam wrażenie, że mam starą duszę (śmiech). Nawet jak gram bluesa, czy rozmawiam z Leszkiem Cichońskim, Jurkiem Styczyńskim czy Markiem Radulim, czuję się z nimi bardzo dobrze, jak partner w zbrodni. Współpracuję z doświadczonymi muzykami, jak Marek Dudkiewicz, który odpowiada za wiele znanych tekstów, jak “Noc Komety” czy “Jolka Jolka”. Z nimi mam łatwość rozmowy, porozumienia, dowcipu, kultury podejścia do muzyki. Czuję, że jestem bardziej z ich czasów, niż z moich.

Kiedy przyszedłem do Perfectu, od razu poczułem, że nadajemy na tych samych falach. Pierwsze, co zrobiliśmy na naszej pierwszej wspólnej próbie, to trochę pograliśmy, a gdy już przyszło do rozmowy, to wyglądało to tak, jakby na salce spotkali się znajomi od 30 lat. Już od pierwszych minut poczuliśmy niesamowite porozumienie, które trwa do dziś. Różnica w porównaniu do innych zespołów polega na tym, że w Perfect nie ma starć ego. Każdy zna swoje miejsce w zespole i swoją odpowiedzialność. Wszystko jest bardzo przejrzyste i proste. Nie ma udawania czy przypisywania sobie zasług. Jest absolutna dojrzałość w tych sprawach.

Poza tym wszyscy mamy rock’n’rolla w sercu, ale przeżywamy go teraz z większym bagażem doświadczeń. To nie jest zespół grzecznych chłopców, żeby nie było, ale cieszymy się sobą, szanujemy się nawzajem i czerpiemy radość z grania. Jesteśmy głodni kolejnych scen i to jest naprawdę fajne.

 

To też pokazuje, że jeśli nadaje się na podobnych falach, to wiek nie ma znaczenia. Niezależnie od tego, czy masz 20, 50 czy 70 lat. Jeśli gra ci to w sercu, dogadasz się z każdym. Widzę to na koncertach, gdzie na jednej scenie młodzież staje obok dojrzałych wiekiem muzyków, tak samo na widowni.

Absolutnie. Przeżyłem wspaniałe chwile z zespołem Chemia i wspominam je z uśmiechem. Wiek nie ma znaczenia, liczy się wiek duszy. Zdziadzieć można w każdym wieku (śmiech). Ważne jest, by otaczać się mądrymi ludźmi, którzy mogą stać się twoimi autorytetami i wciąż wznosić się ponad poziom, na którym jesteś.

To nawiązuje też do mojego dołączenia do Perfectu. Zależało mi, żebyśmy również tworzyli coś nowego. To prawda, Perfect jest znany dzięki piosenkom Hołdysa, Kozakiewicza czy Sygitowicza i to one sprawiły, że zespół jest tu, gdzie jest. Warto jednak pisać nowe historie i tworzyć nowe piosenki.

 

Dziś trzeba dużych budżetów na promocję.

Właśnie, czasy również się zmieniły. Teraz artyści biegają za fanami, a nie odwrotnie, ze względu na ogromną podaż i wybór. To z jednej strony dobre, z drugiej zatrważające dla artystów. Nie możemy oczekiwać, że napiszemy coś takiego, co momentalnie stanie się bardziej popularne niż np. „Chcemy być sobą”, to absurd. Pomijając fakt, że to świetna kompozycja i tekst, to sianie jej po sercach trwa już 45 lat. Poza tym – dziś rock jest bardzo daleko od mainstreamu. Nie oszukujemy się i robimy muzę z serducha do serducha.

 

Koleje historii sprawiły, że mamy obecnie dwa składy z nazwą Perfect – ten z tobą na wokalu, z błogosławieństwem Markowskiego oraz Perfect Gold, z Ryszardem Sygitowiczem w składzie. Takie równoległe inkarnacje mamy również np. przy TSA, gdzie jest Dream Team z Piekarczykiem i TSA MNKWL z Niekraszem i Kapłonem. Za granicą przykłady dwóch czy nawet trzech wersji zespołów można wymieniać w nieskończoność. Jak się czujesz będąc głosem jednej z wersji Perfectu, jakkolwiek by to nie brzmiało? Przecież na końcu dnia muzyka powinna łączyć, a nie dzielić.

Perfect nie ma wersji. Zawsze był jeden i tak pozostanie. Perfect Gold to zespół coverowy zapraszający gościnnie Ryszarda Sygitowicza, który jak każdy muzyk potrzebuje dochodów. 1 kwietnia ogłosili, że kończą działalność ze względu na powrót Perfectu na scenę. Najwyraźniej zmienili zdanie. Perfect, tak jak powiedziałeś – ludzi łączy. Rysio Sygitowicz to były członek zespołu i przyjaciel od wielu lat. Tego żadne medialne kaczki nie zmienią.

 

A dlaczego taka nazwa – Perfect & Łukasz Drapała?

Z szacunku do całej historii i Markowskiego, nie chciałem się podszywać pod kogoś, kto budował tę legendę. Jestem tylko tym, który został do zespołu zaproszony i dzięki któremu ta historia może nadal trwać.

Przez lata budowałem swoją osobną historię, nie pojawiłem się znikąd. Nie traktowałem dołączenia do zespołu jako autopromocji, dopiero później zdałem sobie sprawę, że to może być dla mnie miłe. Cały czas buduję swoją markę, tworzę swoje piosenki. To chłopaki z Perfectu są legendą, a ja z legendą sobie gram (śmiech).

Codziennie mierzę się z wieloma wyzwaniami i z hejtem, bo to ja stoję na froncie z mikrofonem. Najpierw są gratulacje, ale kiedy pojawia się pierwszy atak – trafia właśnie we mnie. Taka jest rola frontmana. W końcu za mną stoi ktoś, kto przez 45 lat budował swoją markę i był jednym z najważniejszych głosów kilku pokoleń fanów rocka w Polsce. Jeśli ktoś myśli, że wejście w taką rolę jest łatwe i nie wymaga odwagi – to jest w błędzie.

 

Powróćmy na chwilę do Chemii. Kiedyś napisałeś, że o Chemii jest najgłośniej, kiedy nie funkcjonuje (śmiech). Ostatnio wrzuciłeś na Facebooka zdjęcie trzech tenorów, czyli trzech wokalistów Chemii. Czy jest jakaś szansa na reunion, choćby symboliczny? W końcu dwudziestolecie powoli się zbliża.

To było pół-żartem, pół-serio, bo moje zdania często są różnie interpretowane w sieci. Miałem na myśli to, że kiedy odchodziłem z Chemii, spotykałem muzyków i dziennikarzy, którzy mówili: „Szkoda, że już nie gracie”. Gdy graliśmy, tego wsparcia jednak nie było, mało kto chciał nam w czymkolwiek pomóc.

To zdjęcie powstało na urodzinach Sebastiana Piekarka, który kiedyś przez jedno lato grał z nami w zespole, gdy szukaliśmy nowego gitarzysty. To był krótki epizod, ale bardzo fajny. Sebastian był jednym z kandydatów do zespołu, ostatecznie jednak wybrał inną drogę, a do Chemii dołączył wtedy Maciej Mąka. Z tego krótkiego okresu została piosenka „Walked Away” – jedna z moich ulubionych.

Czy kiedyś będzie reunion? Szczerze mówiąc, wątpię. Życie nauczyło mnie, żeby nigdy nie mówić „nigdy”, ale raczej nie. Gdybym teraz wrócił do czegoś stricte rockowego, mogłoby to kanibalizować to, co robimy z Perfectem. Nie chcę mącić wody ani odciągać uwagi od tego projektu.

 

YouTube Video

 

Czyli ten rozdział jest raczej domknięty?

Kiedy rozwiązywaliśmy zespół, powiedziałem Wojtkowi Balczunowi, że chyba zrobiliśmy już razem wszystko, co mogliśmy, ale więcej możemy osiągnąć osobno. Rok później dołączyłem do Perfectu, a on został ministrem. Napisałem mu wtedy: „A nie mówiłem?” (śmiech). Jesteśmy w normalnych relacjach.

Jedyne, co mogę powiedzieć, to że bardzo dobrze wspominam tamten czas – naszą współpracę, proces tworzenia muzyki, wspaniałe recenzje zagraniczne płyt i koncertów, przygodowe trasy po świecie, a nawet nasz kochany polski hejt, który w pierwszych latach działalności spadał na Chemię.

Jedna z moich ulubionych plotek z tamtego okresu dotyczyła właśnie pierwszej płyty. Nagrywaliśmy ją w Kanadzie, a gdy wróciliśmy do Polski, zaczęła krążyć pogłoska, że wcale nie my ją stworzyliśmy – że podobno kupiliśmy te utwory, a nagrali je za nas kanadyjscy muzycy (śmiech). Pomyślałem wtedy, że nawet w takim absurdalnym hejcie może się kryć sporo komplementów. To było nawet całkiem miłe.

Nigdy tej plotki nie dementowaliśmy, a wręcz przeciwnie – śmialiśmy się z niej do łez. To był taki moment, kiedy zrozumiałem, że jeśli ludzie już wymyślają o tobie takie historie, to znaczy, że zaczynasz naprawdę istnieć.

Dziś z niedowierzaniem spoglądam na ludzi z branży, którzy ignorowali nasze istnienie, podkładali nogi, a teraz szczebiotają w zachwytach pod postami Wojtka, odkąd został ministrem.

 

Domykając naszą rozmowę, zapytam o coś kompletnie innego. Oprócz bycia muzykiem, nie da się ukryć, że jesteś też fanem piłki nożnej, którą uważnie śledzisz. Jak myślisz, skąd w Polsce takie ogromne zainteresowanie futbolem? Przecież od lat nasza reprezentacja nie odnosi wielkich sukcesów.

Powodów pewnie jest sporo. Może to nie tylko kwestia historii czy kultury, ale też tego, jak postrzegamy widowiskowość sportu. W Stanach Zjednoczonych centrum uwagi to koszykówka, baseball, u nas – stadion piłkarski, taki współczesny odpowiednik rzymskiego Koloseum. To nie jest kwestia, co jest lepsze czy gorsze, tylko może tego, na czym zostaliśmy wychowani.

Dorastałem w latach 80., zaraz po sukcesach reprezentacji z 1974, 1978, 1982 i 1986 roku. To były naprawdę dobre mistrzostwa, więc od dziecka nasiąkałem atmosferą, że piłka nożna to coś wyjątkowego. Kiedy w latach 90. stałem się bardziej świadomym kibicem, trafiła się olimpiada w Barcelonie w 1992 roku – Polska zdobyła wtedy srebro, przegrywając dopiero w finale z Hiszpanią 2:3. Zakochałem się w piłce, mając już solidny background. To nie była miłość z przypadku – to było naturalne przedłużenie tego, czym żyło się w domu.

Graliśmy z kolegami w kosza, czy w siatę. Inspirowani amerykańskimi filmami na kasetach video zrobiliśmy sobie nawet boisko do baseballa. Piłka nożna jednak nigdy nie spadła z pierwszego miejsca.

 

Sama tradycja chyba wszystkiego nie tłumaczy?

Jest jeszcze aspekt widowiskowości i ekonomii. Mecz piłkarski można zagrać na stadionie dla 100 tysięcy ludzi. Siatkówka nie daje takich możliwości – ciężko ją rozegrać w takiej skali, by była dobrze widoczna i atrakcyjna dla widza, a sport oglądany na żywo ma przecież ogromną moc.

To trochę jak z muzyką – dlaczego disco polo radzi sobie świetnie, a jazz nie jest mainstreamem? Bo disco polo można zagrać na stadionie. Jazzowy kwartet na Narodowym? Myślę, że gdyby zagrali tam w sobotę, to jeszcze w środę słyszelibyśmy solówkę saksofonu (śmiech). Oczywiście ten argument proszę potraktować żartobliwie.

Myślę, że te dwa czynniki są kluczowe – tradycja i widowiskowość – one mają największy wpływ na popularność piłki. U mnie ta pasja zaszczepiła się naturalnie. Ojciec oglądał mecze z dziadkiem, ja dołączałem, a koledzy na podwórku żyli tym samym. To była część dorastania i tak już zostało. Do dziś trwam w tym świecie, z tą samą dziecięcą fascynacją. Dzięki muzyce miałem też okazję poznać wielu wielkich sportowców, w tym Roberta Lewandowskiego. To było niesamowite spotkanie – człowiek, którego oglądałem od lat na boisku, nagle stoi przede mną. A właściwie siedzi i je rosół. I to też jest piękne w muzyce, że potrafi łączyć światy, które na pierwszy rzut oka wydają się od siebie bardzo odległe.

 

Dziękuję ci bardzo za rozmowę i życzę powodzenia w dalszym rozwoju!

Ja za to dziękuję za przemiłą rozmowę i pozdrawiam czytelników!

 

ŁUKASZ DRAPAŁA
(ur. 02.08.1981 r. w Resku)

Wokalista, autor tekstów i piosenek – solo oraz frontman Perfect & Łukasz Drapała

Wykształcenie

Ekonomista, historyk, menadżer kultury, coach osobisty 

Ulubione zespoły

Chris Stapleton, Soundgarden, Tears for Fears, Nirvana, Sade, Dave Matthews Band, Alice in Chains, RHCP i wiele innych

Ulubione filmy

Pulp Fiction, Ciekawy przypadek Benjamina Buttona, Hobbit i Władca Pierścieni, Ojciec Chrzestny, Sin City

Hobby

Książki, audiobooki – resztę wypełnia mi życie rodzinne i muzyka

Zobacz inne
Scroll Przewiń w dół