
Gorgonzolla: gramy na własnych zasadach – rozmowa z Dominikiem Pajewskim.
Od młodzieńczej zajawki do świadomego projektu. „Gdybyśmy wciąż podchodzili do grania tak jak na początku, pewnie już dawno by nas nie było.” – dla Video Brothers Music z Dominikiem Pajewskim (Gorgonzolla) rozmawia Maciej Uba.
Gorgonzolla działa już od ponad dekady. Jak przez ten czas zmienił się sposób waszego funkcjonowania – zarówno organizacyjnie, jak i w codziennym podejściu do grania?
Przez te dwanaście lat staliśmy się stuprocentowym składem DIY. Sami wydajemy płyty, projektujemy i sprzedajemy merch, ogarniamy bookingi, festiwale, sesje zdjęciowe, klipy – wszystko robimy własnymi rękami – bez wytwórni, managementu czy zewnętrznych firm. To ogromna zmiana w porównaniu z początkiem, kiedy jeszcze wierzyliśmy, że ktoś załatwi to za nas.
Skład personalny też ewoluował, choć, patrząc na staż kapeli, nie aż tak dramatycznie. Największe przetasowania przyszły dopiero w ostatnich 2-3 latach. Dziś jesteśmy kwintetem, choć przez większość historii graliśmy w szóstkę. Część ludzi musiała odpuścić: rodzina, dzieci, inne priorytety. Nie ma w tym dramatu – życie to życie, a my szanujemy te decyzje. Paradoksalnie dzięki temu dowiedzieliśmy się, jak wiele można osiągnąć w mniejszym, bardziej zwartym składzie.
Zmieniło się też nasze podejście. Kiedy startowaliśmy, marzyliśmy, żeby zagrać cokolwiek, gdziekolwiek. Im głębiej w las, tym więcej drzew i apetytu. Teraz chcemy grać częściej, w większej liczbie miast, łapać dobre festiwale. Powoli profesjonalizujemy każdy etap: od planowania tras po strategię merchową. Uczymy się, które konkursy i przeglądy naprawdę mają sens, a w które lepiej się nie pchać – o tym zresztą śpiewamy w kawałku „Ryba psuje się od głowy”.
Do tego dochodzi zwyczajna kwestia wieku i komfortu. Gdy masz dwadzieścia parę lat, spanie na podłodze u ziomka w Poznaniu to przygoda. Po trzydziestce zaczynasz cenić łóżko i ciepły prysznic, a to wymusza lepszą logistykę, budżet i planowanie (śmiech). Zespół dorasta razem z nami: od młodzieńczej zajawki do świadomego projektu, który chcemy rozwijać coraz bardziej profesjonalnie. I dobrze, bo gdybyśmy po tylu latach wciąż podchodzili do tego tak samo jak na początku, pewnie już dawno by nas nie było.

Gdybyście startowali dziś, w 2025 roku – jakie działania uznalibyście za kluczowe dla młodego zespołu?
Na pierwszym miejscu postawiłbym TikToka. Algorytm wciąż jest bezlitosny, ale daje niesamowite zasięgi, jeśli konsekwentnie wrzucasz ciekawe treści. Zacząłbym od regularnych, krótkich klipów: riff‑of‑the‑day, backstage z prób, fragmenty koncertów, cokolwiek, co pokaże charakter zespołu w kilkudziesięciu sekundach.
Drugi filar to streaming. Wszystko, co nagralibyśmy - choćby surową demówkę - ląduje od razu na Spotify i innych platformach. Młode ekipy, jak Sleazy Sweet (świetny glam metal, polecam), robią tak od dawna i szybko budują słuchalność. Nawet prowizoryczny, surowy materiał to już content, który łowi pierwszych fanów i pozwala im śledzić twój rozwój.
Trzecia rzecz to stare, dobre wlepki. Mimo ery cyfrowej oklejone miasto wciąż działa jak magnes: ktoś zobaczy logo pięć razy na przejściu dla pieszych, potem trafi na nas w sieci i kojarzy nazwę. To banalne, ale skuteczne.
Oczywiście dalej celowalibyśmy w supporty przed większymi zespołami. Nic nie zastąpi sytuacji, kiedy grasz przed czyjąś publicznością i masz trzydzieści minut, by skraść im serca. Do tego ciągle testowałbym przeglądy, choć już z dystansem: nie każdy konkurs jest wart zachodu, ale czasem otwiera drzwi do festiwalu czy daje kontakty. I najważniejsze: koncerty, koncerty, koncerty. Zespół bez sceny nie istnieje. Social media budują hype, streaming zwiększa zasięg, ale dopiero live zweryfikuje, czy naprawdę jesteś wart uwagi.
Taktycznie omijałbym niedzielne klubówki w sezonie letnim. Od maja do sierpnia ludzie żyją plenerami, wyjazdami, urlopem. My kończymy klubowe trasy w kwietniu, a wracamy jesienią. Chyba że jesteś kapelą z pierwszej ligi - wtedy publiczność przyjdzie o każdej porze roku.
Podsumowując: 2025 czy 2012, zasada jest ta sama - graj jak najwięcej i pokazuj to wszędzie, gdzie się da. Różnica polega na narzędziach: dziś pierwsze skrzypce gra TikTok i streaming, a reszta - wlepki, supporty, koncertowy etos - to sprawdzona klasyka, która nigdy nie wychodzi z mody.

Czy menedżer jest dziś niezbędny dla zespołu, czy jego rolę można skutecznie podzielić między muzyków?
To w dużej mierze zależy od etapu, na jakim jesteś. Im więcej pojawia się pracy, tym bardziej przydają się kolejne osoby w ekipie. Weźmy chociażby merchandising: fajnie mieć kogoś, kto się nim zajmie, żeby nie zbiegać ze sceny prosto za ladę. Zdarza się jednak, że nie mamy kogo postawić przy merchu i wtedy ogarniamy to sami. Co ciekawe, to też się sprawdza.
Menedżer? Jasne, że bywa potrzebny, ale dopiero na pewnym poziomie. W zespole od dwunastu lat łączę rolę wokalisty i menedżera. Doszliśmy do momentu, w którym booking oddaliśmy zewnętrznej osobie, natomiast promocję, kontakty z mediami i cały ten marketingowy rozgardiasz wciąż prowadzę osobiście. Dzięki doświadczeniu w mediach nie potrzebuję nikogo do pisania notek prasowych czy prowadzenia sociali - robię to sam od lat i działa bez zarzutu.
Trzeba jednak podkreślić, że to sprawa bardzo indywidualna. Jeśli ktoś nie czuje social mediów, nie lubi pisać notek prasowych albo po prostu nie ma na to czasu, powinien zatrudnić kogoś, kto odciąży go w tych zadaniach.
Jednym słowem: dla jednych menedżer jest niezbędny, dla innych zbędny. Nam dziś najbardziej przydaje się osoba od bookingu i z taką ściśle współpracujemy. Reszta to kwestia konkretnej sytuacji - tu nie ma prostego, zero‑jedynkowego przepisu.
Czy budowanie zespołu głównie przez social media – zamiast koncertów – to według ciebie dobra droga?
Uważam, że media społecznościowe są dziś absolutnie kluczowe. Świetnym przykładem zespołu, który wybił się właśnie dzięki socialom, konkretnie TikTokowi, jest Hamulec. Poznałem ich właśnie tam i dziś są bardzo wysoko – to jasno pokazuje, że dobrze prowadzone sociale mogą naprawdę otworzyć drzwi.
Jeśli ktoś woli działać głównie online, budować zasięgi, a koncerty grać rzadziej, bardziej jako limitowane wydarzenia – też super. Wszystko zależy od podejścia. Granie regularnych koncertów to ciężka sprawa, nie każdy to lubi, nie każdy chce co tydzień wyjeżdżać, żyć w trasie, być z dala od domu. My akurat to kochamy. Uwielbiamy jechać, zagrać dla ludzi, spotkać się z nimi po koncercie, pogadać – to dla nas ogromna wartość. Jednocześnie cały czas działamy w socialach. Myślę, że to pokazuje, jak różne mogą być ścieżki. Może to faktycznie jakaś nowa forma koncertowej rzeczywistości dla młodych zespołów.
Jak dziś wygląda rola koncertów w budowaniu zespołu i co jest kluczowe, by przyciągać publiczność bez wsparcia agencji?
Wiesz, wszystko sprowadza się do tego, czego oczekuje odbiorca. Nie jest prawdą, że ludzie nie przychodzą na koncerty - przychodzą i to licznie. Tyle że wszystko zależy od podejścia, od tego, jak to zorganizujesz i jak potrafisz dotrzeć do swojej publiczności.
Najważniejsze przy organizacji koncertów? Mierzenie sił na zamiary. Jeśli jesteś zespołem, który realnie przyciąga około 100 osób w mieście, które nie jest twoim rodzinnym, to nie bookujesz sali na 300 czy 500 osób. Zjedzą cię koszty, a pustka na sali zadziała demotywująco zarówno na zespół, jak i na publikę. Lepiej wybrać mniejszy, dobrze nagłośniony klub, który będzie pełny i da lepszy klimat.
Dziś bardzo dobrze sprawdzają się tzw. minitrasy konceptowe. Uważam, że to świetne rozwiązanie dla zespołów, które nie są jeszcze w tak zwanej pierwszej lidze, gdzie każdy koncert to automatyczny sold out. Minitrasa pozwala zagrać kilka koncertów, nie nadwyręża budżetu, a jednocześnie utrzymujesz aktywność i kontakt z publiką. Nie przepalasz miast – odwiedzasz je raz w roku, zostawiając po sobie głód. Ludzie czekają na twój powrót, a nie mają cię co dwa miesiące pod nosem.
W tym wszystkim bardzo pomaga planowanie. To nie może być działanie na ślepo. Masz dziś świetne narzędzia, jak Spotify for Artists. Możesz sprawdzić, gdzie dokładnie słuchają twojej muzyki i na tej podstawie budować trasę. Jeśli widzisz, że np. w Gdańsku masz solidną bazę słuchaczy, to warto tam pojechać, ale jeśli nie masz pojęcia, czy ktokolwiek cię tam kojarzy, to lepiej nie ryzykować „na czuja”.
Na Facebooku założyliśmy zamkniętą grupę fanów i to naprawdę działa. Wrzucam tam pytanie: „Gdzie chcecie nas zobaczyć?” - i obserwuję reakcje. Jeśli pod postem przewija się dziesięć komentarzy „Białystok!”, wiem, że jest sens jechać do Białegostoku. A gdy odzywa się tylko jedna osoba z np. Lublina, to sygnał, że może jeszcze za wcześnie, żeby pakować się w tamten kierunek.
Koncert to nie tylko granie – to też kalkulacja. Jeśli możesz ją oprzeć na konkretnych danych, to czemu z tego nie skorzystać? W końcu chodzi o to, żeby docierać do ludzi, ale robić to mądrze i z głową.

Jakie podejście pozwala wam skutecznie sprzedawać fizyczne wydawnictwa i merch w erze cyfryzacji?
Tak jak do koncertów podchodzimy strategicznie, podobnie wygląda sprawa limitowanych singli. Jeśli ogłaszamy nakład dwustu sztuk, to naprawdę jest tylko dwieście. Pół roku później nie robimy „reedycji w innej okładce”, bo to byłoby oszustwo wobec tych, którzy kupili pierwszy press. Mały nakład to też mniejsze koszty, a zysk pozwala sfinansować kolejny ruch - na przykład nową partię merchu.
Merch zawsze konsultujemy z ludźmi. Ostatnio słuchacze zasypali nas prośbami o frotki. Nosiliśmy je głównie na scenie, więc robimy krótką serię i wrzucamy do sklepu. Coraz częściej pada pytanie o skarpetki, pewnie też wejdą do oferty. Zamiast zamawiać sto identycznych koszulek i wozić je pół roku w busie, wolimy krótkie nakłady i różne wzory. Gdy zainteresowanie spada, dany motyw znika z półki i nie wraca.
Technicznie stawiamy na elastyczność. Sitodruk jest super, ale drogi przy małych ilościach, więc przy krótkich seriach korzystamy z folii flex albo druku DTF. Koszty niższe, a my możemy eksperymentować z grafikami, kolorami i gadżetami bez ryzyka, że zrujnujemy budżet. Fani dostają co chwilę coś świeżego, a my nie bankrutujemy przy każdej nowej linii merchu.
Jak oceniasz obecną kondycję mainstreamowego dziennikarstwa muzycznego w Polsce?
To temat rzeka. Z jednej strony mainstream wciąż ma znaczenie, bo potrafi dotrzeć do szerokiej publiki. Z drugiej - na plecach czuję oddech freelancerów‑zajawkowiczów, ludzi z własnymi kanałami na YouTube czy TikToku, którzy bez szyldu wielkiej redakcji potrafią zrobić milionowe wyświetlenia i świetne, merytoryczne rozmowy. W hip‑hopie takich przykładów jest mnóstwo, ale to samo dotyczy cięższych klimatów.
W realiach portali liczą się kliki. Możesz mieć genialny, młody zespół z wielkim potencjałem, a redakcja i tak go nie puści, bo „nie grzeje statystyk”. Poziom treści narzuca odbiorca i to on decyduje, co się klika, a co nie. Dzisiaj media muzyczne nie kreują artystów tak, jak kiedyś. Teraz artystę „robi” duża wytwórnia z budżetem na kampanie: od rotacji radiowych, przez festiwale, po placement w reklamach.
Sporo osób nie szuka muzyki samodzielnie - bierze to, co algorytm poda na tacy. Jasne, istnieje grono pasjonatów, którzy kopią głębiej (my na przykład do nich należymy), ale patrząc na cały rynek, to mniejszość. I nie ma w tym nic złego - taki po prostu jest układ sił.

Gwiezdne Wojny to twoja duża zajawka – jak oceniasz poszczególne trylogie i drugi sezon „Andora”?
Daję znak równości między starą trylogią a prequelami. Obie mają swój klimat, swoją wagę, są dla mnie tak samo ważne. Stara trylogia to oczywiście klasyka, ale ja wychowywałem się na prequelach – to był ten moment, kiedy naprawdę zajarałem się Gwiezdnymi Wojnami. Najpierw obejrzałem starą trylogię, ale to przy „Mrocznym Widmie”, „Ataku Klonów” i „Zemście Sithów” wkręciłem się na dobre.
A trylogia Disneyowska? No cóż… szczerze mówiąc, wolałbym, żeby nigdy nie powstała. Dla mnie to nieudany twór. Brakuje jej spójności, serca, jakiejś głębi. Mam wrażenie, że każdy z tych filmów ciągnie w inną stronę i ostatecznie nie wiadomo, co z tego miało wyniknąć. Nie czuję tam magii, która towarzyszyła wcześniejszym filmom.
Za to ogromny plus daję za seriale ze świata Gwiezdnych Wojen – one naprawdę dają radę. Dla mnie osobiście „Andor” to najlepszy projekt, jaki wyszedł spod szyldu Star Wars w ostatnich latach. Robiliśmy nawet z Dakannem odcinek o „Andorze” i zgodziliśmy się, że to serial zrobiony na poważnie, z ogromnym pietyzmem i wyczuciem. Można go oglądać nawet bez większej znajomości całego uniwersum, bo opowiada uniwersalną, świetnie napisaną historię. Tam nie ma tego nachalnego pokazywania „hej, to są Gwiezdne Wojny, zobacz, patrz, znajomy droid, znajomy miecz”. Oczywiście, jesteśmy w tym świecie – jest Imperium, są znane motywy, ale to nie wali cię po twarzy co chwilę. Nie ma Jedi, nie ma Skywalkerów, nie ma całej tej mitologii na pierwszym planie. Jest opowieść o systemie, opresji, o tym, jak zwykli ludzie zaczynają się buntować. To mogłoby się dziać w dowolnym uniwersum, ale działa tu świetnie, bo ten świat nadaje mu dodatkowej głębi.
To właśnie mnie boli w trylogii Disneya – tam było za dużo fanserwisu, za mało konkretnej wizji. Chcieli zadowolić wszystkich i nie wyszło. W „Andorze” ktoś po prostu usiadł, przemyślał, napisał świetny scenariusz i stworzył coś, co zostaje z tobą na długo. Tak powinny wyglądać nowe Gwiezdne Wojny.
Jak narodził się pomysł na podcast „Holotalk” z Dakannem i jak wygląda Wasza współpraca?
Poznaliśmy się tak, że dostałem zaproszenie na plan jednego z odcinków serialu Piątek, dokładnie poświęconemu grom planszowym. Tam się pierwszy raz przecięliśmy i jakoś ten kontakt naturalnie się utrzymał. Później gadaliśmy już regularnie, widywaliśmy się przy różnych okazjach – czy to na działce u Grześka, czy w Potoku i bardzo szybko okazało się, że mamy jedną, ogromną wspólną zajawkę: Gwiezdne Wojny.
Gadaliśmy o nich non stop i w którymś momencie Grzesiek po prostu rzucił: „Ej, a może zróbmy z tego podcast?”. I tak właśnie powstał “Holotalk” – dwóch ziomków siedzi, rozmawia o swoim ulubionym uniwersum. W sumie robimy dokładnie to samo, co wcześniej robiliśmy prywatnie, tylko teraz wciskamy „record” i dzielimy się tym z innymi.
Lecimy już trzeci czy czwarty miesiąc, wyświetlenia rosną, a i grono słuchaczy zaczyna się naprawdę fajnie budować. No i praca z Grześkiem to czysta przyjemność – jak dwóch zajawkowiczów robi coś, co kocha, to wszystko samo się układa. To nie jest dla nas żadna „produkcja” czy zadanie, to po prostu rozmowa – luźna, szczera, pełna śmiechu i żartów, czasem nawet jakichś naszych dziwnych teorii czy spostrzeżeń.
Myślę, że ludzie właśnie za to lubią ten podcast. To nie jest jakaś wydumana analiza uniwersum Star Wars, tylko po prostu dwóch gości, którzy gadają z pasją, bez napinki, tak jakby siedzieli przy piwku ze znajomymi. Odpowiadając krótko: z Grześkiem pracuje się świetnie, jak z dobrym kumplem. Siadamy, rozmawiamy i dzieje się!
Na koniec – z którą postacią ze świata Star Wars czujesz największą więź?
Zdecydowanie Darth Maul. To moja ukochana postać z całego uniwersum. Niesamowicie klimatyczny, tajemniczy, z takim mrokiem w oczach, a przy tym bardzo ciekawie rozwinięty – nie tylko w filmach, ale przede wszystkim później w książkach, komiksach i oczywiście w serialach animowanych, jak “The Clone Wars” czy “Rebels”. Jego droga, przemiana, to, jak się odbudował po upadku – dla mnie to jest absolutnie fascynujące. Dodatkowo zapowiedziano właśnie serial animowany o Maulu, więc jaram się na maksa. Mam go nawet wytatuowanego – to mówi samo za siebie.
Drugą postacią, którą zawsze darzyłem ogromną sympatią, jest Boba Fett. Też mam jego tatuaż. Uwielbiam jego kreację – milczący, groźny łowca nagród, który ma w sobie coś więcej, niż się początkowo wydaje. Chociaż przez lata był bardziej legendą niż faktycznie obecny w fabule, to jego historia też została fajnie rozbudowana z czasem, szczególnie w ostatnich latach.
Dziękuję ci za rozmowę.
Dzięki serdeczne!
DOMINIK PAJEWSKI
(ur. 07.10.1991 r. w Warszawie)
Wokalista i menedżer zespołu Gorgonzolla
Wykształcenie
Dziennikarz muzyczny z wykształcenia, zamiłowania i pasji
Ulubione zespoły
System Of A Down, Rammstein, Black Sabbath, Metallica, P.O.D., WCK, Sokół, Avi, Grammatik, Pezet, Molesta Ewenement
Ulubione filmy
Star Wars, Pulp Fiction, Trainspotting, Vanilla Sky, Oldboy, Batman w wersji Burtona
Hobby
Wszelka aktywność fizyczna, literatura tematyki II Wojny Światowej, historia